wtorek, 28 maja 2013

Przepraszam Was!

Naprawdę to nie ode mnie zależy, ale komputer dalej jest w naprawie, a nigdzie indziej nie mogę pisać. Obiecuję, nawet przysięgam, że kolejne rozdziały pojawią się w przeciągu około dziesięciu dni, ale przepraszam Was strasznie za to, że tak długo czekacie, a ja się nie odzywam. Wybaczycie? :)  LIGA ŚWIATOWA nieługo, mam nadzieję, że zabije Wam to nudę :)

wtorek, 14 maja 2013

Przepraszam!

Wybaczcie, że nie dodaję nowych rozdziałów, ale znowu padł mi komputer. Nie wiem, czy nie będę musiała zainwestować w nowy sprzęt. Jednak ciągle myślę nad nowymi rozdziałami i mam nadzieję, że będą lepsze :)

poniedziałek, 6 maja 2013

Info!

Mamy nowe wieści! Przegląd Sportowy podał, że Bartek Kurek na najbliższy sezon pojawi się w barwach Lube Banca Macerata. Cieszycie się? Bo ja szaleję! Według mnie, to potężna szansa i dobrze, że stara się ją wykorzystać. Co wy na to? :)

http://sport.wp.pl/kat,1912,title,PS-Kurek-przenosi-sie-do-Maceraty,wid,15544773,wiadomosc.html?ticaid=11089f - więcej informacji :)

Rozdział 7


Następnego ranka…

Obudziłam się wcześnie rano, znowu między czterema białymi ścianami. Miałam być wypisana do domu, z czego się naprawdę cieszyłam. Przynajmniej raz na mojej bladej twarzy pojawił się uśmiech. Z trudem wstałam z łóżka i ubrałam się stosownie do pogody. Jak to zwykle w Rosji bywa pod koniec października, zaczął padać delikatny śnieg. Spojrzałam na okno i pomyślałam, że może to być ostatnia zima w moim życiu. Mimowolnie po moim policzku spłynęła pojedyncza łza, którą natychmiast otarłam. Mama mnie w życiu uczyła, że nigdy nie można się poddawać. Zawsze trzeba walczyć, choćby o coś niemożliwego.

Po chwili pojawił się lekarz.

- Kiedy pojawi się dawca, powiadomimy panią niezwłocznie. Leczenie będzie przeprowadzone w Polsce, dlatego od razu skierujemy panią do Warszawy. – powiedział, z czego bardzo się ucieszyłam. Zobaczę jeszcze mój ukochany kraj.
- Dziękuję panie doktorze. – delikatnie się uśmiechnęłam.
- Bardzo proszę na siebie uważać. Przypominam, że ma pani znacznie osłabioną odporność, więc wszelkie przeziębienia są bardzo niebezpieczne. – przytaknęłam.
- Zdaję sobie sprawę. Mam przychodzić na jakieś kontrole? – spytałam.
- Na razie nie jest to konieczne. Jeśli coś niepokojącego będzie się działo, proszę się do mnie zgłosić.
- Dobrze. Do widzenia. – wzięłam od mężczyzny teczkę z wynikami i wyszłam ze szpitala.

Szłam sobie spacerkiem, upajając się w końcu świeżym powietrzem, które po mimo zawartości spalin było dla mnie orzeźwiające. Dotarłam do mieszkania, w którym o dziwo było pusto. Zadzwoniłam do Irmy, spytać się, gdzie jest. Dowiedziałam, się, że moja przyjaciółka przebywa u Jurija i wróci po południu. Wzruszyłam ramionami i zabrałam się do nadrabiania zaległości z wykładów. Zajęło mi to sporo czasu. Moją naukę przewał dzwonek do drzwi. Nawiedził mnie nikt inny, jak Matthew. Chłopak stanął w drzwiach z bukietem róż i butelką hiszpańskiego wina.

- Dzień dobry! – posłał mi swój firmowy uśmiech.
- Cześć, wejdź. – uśmiechnęłam się i wpuściłam go do środka. Podał mi kwiaty, za które podziękowałam mu buziakiem w policzek. Rozsiedliśmy się wygodnie w salonie, przyniosłam kieliszki i postanowiłam w ten sposób zapomnieć o mojej chorobie.
- Skąd wiesz, że już wróciłam? – spytałam, kiedy mój towarzysz otwierał wino.
- Widziałem się z Jurijem, a on rozmawiał z Arkadiewną. – uśmiechnął się. – Podobno dostałaś niezłą ofertę gry. – poruszył brwiami, a mnie coś ścisnęło za gardło.
- No tak…
- Nie cieszysz się? – czy on musi mnie tak męczyć?
- Bardzo się cieszę, tylko nie wiem, czy skorzystam. To daleko,  ja muszę skończyć tutaj studia, chociaż i tak wybieram się niedługo do Polski… Nie wiem na jak długo, możliwe, że już nie wrócę. – głos zaczął mi się łamać, ale nie dawałam tego po dobie poznać.
- Nie wyjeżdżaj. Nie teraz… - złapał mnie za rękę, a ja zadrżałam. Wiedział?
- Matt… - zaczęłam.
- Zależy mi na tobie Monika, jesteś przecudowną dziewczyną… - popatrzył mi w oczy i zaczął zbliżać swoją twarz do mojej. Czułam jego ciepły oddech na moich policzkach, jednak gwałtownie się odsunęłam.
- Matt, ale my nie możemy! – powiedziałam stanowczo.
- Ale czemu?! Boisz się?! – roześmiał się, ale później zorientował się, że ja nie żartuję.
- Dla twojego dobra! – szepnęłam, nie mogąc się nijak opanować. Teraz wiedziałam, że czułam coś do niego, ale jednocześnie zniszczyłabym mu życie. Załamie się, kiedy go zostawię.
- Ale dlaczego! Podaj mi chociaż jeden powód! – dociekał, dalej nie wypuszczając moich rąk ze swojego uścisku.
- Bo długo się sobą nie nacieszymy… Mam białaczkę… Zostało mi kilka miesięcy życia, rozumiesz? - ostatnie zdanie wypowiedziałam ledwo dosłyszalnie, po czym się rozpłakałam. Matt patrzył się na mnie, ciągle w bezruchu. W końcu się otrząsnął i nie czekając na moją reakcję najzwyczajniej mnie pocałował. Byłam zaskoczona jego zachowaniem, jednak nie protestowałam. Później mocno mnie do siebie przytulił i nie wypuszczał z objęć.
- Damy sobie radę. Choćbym cię miał wywieźć na drugi koniec Ameryki, to zobaczysz, że w końcu wyzdrowiejesz. – szeptał mi do ucha.
- Mówię ci, że dla mnie nie ma już ratunku. Moja mama umarła na białaczkę, dwadzieścia lat z nią walczyła, ale i tak przegrała. Musisz się z tym pogodzić Matt.
- Czy ty nie rozumiesz, że ja cię kocham? Że o tobie nie zapomnę? Nie mogę! Choćbym chciał, to nigdy nie dam rady! – patrzył mi w oczy, jakby chciał mi coś powiedzieć bez słów.
- Też cię kocham, ale nic na to nie poradzę… - spuściłam głowę, bo nie miałam odwagi patrzeć w jego przepełnione rozpaczą i smutkiem tęczówki.

Wtedy usłyszeliśmy skrzypnięcie drzwi i do mieszkania weszli Jurij i Irma.

- Cześć wszystkim, co wy ro… - urwał Jurij, widząc klęczącego przede mną Andersona i moją mokrą od łez twarz. Irma nic nie powiedziała, tylko wybuchła płaczem i poszła do swojego pokoju, a za nią Jurij. Matthew jednak dalej mnie nie opuszczał.
- Idziemy na spacer? – spytał po chwili, widząc, że zrobiłam się blada jak ściana. Zgodziłam się i wyszliśmy na zewnątrz. Matt objął mnie ramieniem, wcale się nie odzywając, bo w sumie, słowa w tej sytuacji były zbędne.
Mijaliśmy zakochane pary, uśmiechniętych rodziców z dziećmi, a ja coraz bardziej żałowałam, że to stało się teraz, podczas gdy znalazłam kogoś, kogo kochałam, rozwijałam sportową i medyczną karierę, a nie kiedy miałam dwa, czy trzy latka i ledwo rozróżniałam kolory. Czułam na sobie przenikliwe spojrzenie Andersona. Odwróciłam wzrok i wpatrywałam się w niebo, jakby szukając do niego wejścia.
- Czy ja byłam dobrym człowiekiem? – spytałam po chwili ciszy.
- Ty jesteś dobrym człowiekiem. – Matt zaakcentował drugie słowo. – Nie poddawaj się Monika, przecież jeszcze żyjesz… W kilka miesięcy da się wiele zrobić. – ostatnim zdaniem dał mi wiele do myślenia. W sumie mam prawie rok. Usiedliśmy na ławce, przytuleni do siebie. – Miałaś kiedyś jakieś marzenie? – spytał po chwili.
- Już się spełniło. – uśmiechnęłam się nikle i złożyłam na jego ustach delikatny pocałunek. Widać, że był wniebowzięty, co nawet trochę mnie rozśmieszyło.
- Powiedz mi coś o sobie, bo wiem tylko gdzie mieszkasz, skąd jesteś, czym się teraz zajmujesz, a o niczym więcej nie mam pojęcia. – popatrzył na mnie.
- Co tu dużo mówić. Urodziłam się w Polsce, dokładnie w Rzeszowie, ale po śmierci mamy, wyjechałam do Brazylii. Wtedy zaczął się mój koszmar. Ojciec zaczął pić, wcale się mną nie zajmował. Nie miałam z kim porozmawiać. Po kilku latach tam spędzonych, myślałam, że więcej nie wytrzymam, ale wtedy znalazłam pasję…
- Zaczęłaś grać w ręczną. – uśmiechnął się do mnie Matt.
- Dokładnie. – odwzajemniłam gest.
- Kontynuuj. – widocznie zaciekawiła go moja historia.
- Wzięłam się za siebie. Postanowiłam dążyć do celów, które sobie wyznaczyłam. Doszłam do wniosków, że dam radę się stąd wyrwać, że wyjadę i znajdę kogoś, kto mnie w końcu zrozumie. To było moje marzenie… - zerknęłam na mojego towarzysza, który siedział wpatrzony w drzewo i się nie odzywał, jednak po chwili odzyskał dar mowy.
- Za co właściwie ty mnie kochasz? – spytał z powagą w głosie, na co ja delikatnie się uśmiechnęłam, gdyż przypomniałam sobie idealny cytat.
- „Nie mów nic. Kocha się za nic. Nie istnieje żaden powód do miłości”. – wyrecytowałam.
- Paulo Coelho… - powiedział z uznaniem.
- Znasz? – zdziwiłam się.
- Jak mógłbym nie znać. – odwrócił się w moją stronę i po chwili poczułam jego ciepłe wargi na swoich ustach…

Dostałam weny :) Stworzyłam ten rozdział w czasie, kiedy powinnam się uczyć matematyki z rozkazu mojej mamy :) No cóż, siatkówka jest sportem logicznym, wiec w sumie czasu wcale nie zmarnowałam :) Byłam robić zdjęcia do paszportu. Te przepisy są po prostu straszne. Będę wyglądać jak Fiona, dosłownie ;) Pozdrawiam was gorąco :)

czwartek, 2 maja 2013

Rozdział 6


- Monika, co się stało?! – spytał, podchodząc do mojego łóżka i łapiąc mnie za rękę.
- To nic poważnego… - stwierdziłam, że nie będę robić z siebie ofiary. Nie potrzebuję przecież litości. Wszyscy traktowaliby mnie jak „chorą na białaczkę”, a nie zwykłą dziewczynę. Zacisnęłam zęby, żeby się nie popłakać.
- Martwiłem się o ciebie, bardzo… - rzeczywiście, był cały blady. - Ale już lepiej? – popatrzył mi w oczy, szeroko się uśmiechając, a ja spuściłam wzrok. Nie chciałam, żeby widział, co teraz czuję. W końcu zdobyłam się na lekki uśmiech.
- Nie martw się, lepiej. – szepnęłam. Za chwilę do sali wszedł lekarz. Już chciał coś powiedzieć, ale wtedy przyłożyłam sobie palec do ust, nie chcąc, żeby coś się wydało. Na szczęście specjalista był inteligentnym człowiekiem i domyślił się, o co mi chodzi. Podszedł do nas z krzywym uśmiechem. W sumie, wcale mu się nie dziwiłam.
- Mamy wyniki badań… - powiedział i pokazał mi dwie kartki, na których drobnym druczkiem były wypisane różne pomiary.
- Tutaj… - wskazał palcem na jedną z linijek. – Ma pani leukocyty, które…
- Tak, wiem. – przerwałam mu. – Studiuję medycynę. – uśmiechnęłam się nikle. Za to Matt popatrzył na mnie z uznaniem.
- Bardzo się cieszę… - wydusił z siebie doktor, po czym wyszedł.
- Mogę zobaczyć? – spytał Matthew, zerkając w kierunku dokumentów.
- Nie! – wyrwało mi się. – To znaczy, nie ma tu co oglądać… Wyniki jak u przeciętnego, zdrowego człowieka. – głos mi zadrżał, na szczęście Anderson tego nie zauważył, jedynie przytaknął.
- A ty przypadkiem nie powinieneś być na treningu? – spytałam, zerkając na zegarek, który ukazywał godzinę dwudziestą.
- No powinienem… Ale mnie tam nie ma. – on się mnie boi?
- Nie mów, że przeze mnie urwałeś się z hali?
- Nie przez ciebie, ale koniecznie chciałem się z tobą zobaczyć. – uśmiechnął się.
- Bardzo mi miło, ale więcej tak nie rób.
- Skończyły się odwiedziny… Proszę już opuścić szpital. – za chwilę w sali pojawiła się pielęgniarka i Matt musiał wyjść. Za to ja opadłam bezsilnie na poduszkę i ponownie się rozpłakałam. Nie dość, że mam przed sobą tylko parę miesięcy życia, to muszę jeszcze okłamywać innych. Leżałam wpatrzona w sufit i zastanawiałam się, czy zadzwonić do ojca. Znając życie, nie będzie gotowy na jaką kol wiek rozmowę, ze względu na ilość promili alkoholu we krwi, ale próba nie strzelba. Nie obchodziło mnie to, że zapłacę fortunę za połączenie Rosja - Brazylia, po prostu wystukałam numer i czekałam aż w słuchawce odezwie się głos taty.
- Słucham? – po chwili ojciec odebrał. O dziwo był trzeźwy. Skupiłam w sobie całą odwagę, jaka jeszcze we mnie tkwiła i po raz pierwszy od kilku lat odezwałam się do niego.
- Cześć tato… - powiedziałam nieśmiało.
- Witaj córeczko. Dawno cię nie słyszałem, coś się stało? – spytał z troską w głosie, aż myślałam, że z żalu i tęsknoty najzwyczajniej się popłaczę.
- Stało się… - ledwo się opanowałam. – Mam białaczkę, tak jak mama. – ostatnie słowa wypowiedziałam na bezdechu.
- … - cisza, myślałam, że się rozłączył. – Dlaczego mi o tym mówisz? – tym pytaniem wyprowadził mnie z równowagi.
- Dlaczego? – krzyknęłam. – Bo jesteś moim ojcem?! – bardziej spytałam niż stwierdziłam.
- Wiesz, że nic ci na to nie poradzę… To jest po prostu choroba. Musisz się z tym pogodzić. – myślałam, że nie wytrzymam. On najzwyczajniej starał się mnie dobić i mieć problem z głowy. Człowiek, z którym tyle mnie łączyło, po śmierci matki stał się potworem. Nie umiałam z nim łapać kontaktu. Przynajmniej przed śmiercią chciałam się z nim pogodzić. Widocznie, nie było mi to dane.
- Dziękuję tatusiu za pocieszenie. Szkoda tylko, że już więcej się nie zobaczymy. – wyszlochałam i zakończyłam połączenie, po czym rzuciłam telefon na szafkę. Z moich oczu ponownie poleciały gorzkie łzy, a smutek ukoił dopiero sen, który nadszedł niebawem.

Z perspektywy Arkadiewnej…

Rano obudziły mnie pierwsze promienie słońca. Jak z procy wyskoczyłam z łóżka i pobiegłam do łazienki. Włosy zaplotłam w niedbałego warkocza, wrzuciłam na siebie jeansowe rurki i luźną koszulkę, po czym pobiegłam do szpitala. Modliłam się w duchy, żeby mnie wpuścili. Na szczęście mogłam wejść do Moniki. Dziewczyna była cała blada, zapłakana i bez chęci do życia. W takim stanie nigdy jej nie widziałam. Zauważyła mnie dopiero, jak delikatnie usiadłam na jej łóżku.
- Monia, powiesz mi coś? – spytałam cicho, widząc jak ciężko jest jej cokolwiek z siebie wydusić. 
 - Nie powiesz nikomu? – poprosiła, na co ja przytaknęłam.
- Za nic w świecie, to nasza tajemnica. – złapałam ją za rękę i posłałam krzepiący uśmiech.
- Mam białaczkę. – szepnęła.
- Słucham?! – nie dowierzałam.
- Proszę, nie chcę tego powtarzać.
- Matko… - nic więcej nie mogłam z siebie wydusić. Mocno ją przytuliłam i pozwoliłam się wypłakać w rękaw. – Będzie dobrze. Zobaczysz. – nie wiedziałam, co mam jej powiedzieć. – A czemu mam nikomu nie mówić? – spytałam w końcu.
- Wszyscy zaczną się nade mną litować, a w szczególności Matt. Jeszcze kilka miesięcy i nie będę się musiała męczyć. Wiesz jak musi być cudownie na tym drugim świecie? Znowu zobaczę się z mamą, będę jej mogła wszystko powiedzieć… - mówiła, jakby jedną nogą była już za bramą nieba.
- Co ty mówisz… - zaprzeczyłam.
- Przecież to prawda. Święta prawda. Ale pomimo tego, nie mów o mojej chorobie nikomu!
- Dobrze. Obiecuję. A co zrobisz z tym? – wyciągnęłam z torebki kopertę i podałam ją Monice. Otworzyła ją i zakryła twarz dłońmi. Okazało się, że była to propozycja gry  Dinamo Wołgograd, o której Monika zawsze marzyła. Dlaczego dopiero teraz ją zauważyli?
- Monia… - szepnęłam i położyłam jej dłoń na ramieniu.
- Weź to do domu. – podała mi kartkę. – Nie chcę na to patrzeć. – oparła się na poduszce i ponownie utkwiła wzrok w jakimś punkcie za oknem.
- Mam już iść? – powiedziałam cicho, na co przyjaciółka przytaknęła. Cicho wstałam i skierowałam się w kierunku drzwi, dalej nie wierząc, w to, co się wydarzyło.

Wróciłam do mieszkania i odłożyłam dokument na szafkę, po czym weszłam do salonu i zasiadłam na fotelu. Długo nie posiedziałam, bo musiałam otworzyć drzwi, do których ktoś natrętnie się dobijał. W progu stał Jurij.
- Cześć Irma. Wyskoczysz na kawę? – uśmiechnął się.
- Ja… - zatkało mnie.
- No nie daj się prosić.
- Jurij, ja naprawdę nie jestem dzisiaj w nastroju na…
- No to ci humor poprawię.
- Wejdź. – dałam za wygraną i zaprosiłam chłopaka do środka, po czym poszłam się przebrać. Gdy wróciłam, zastałam Jurija, czytającego list z klubu.
- Widzę, że Monika wielką karierę rozpoczyna. – uśmiechnął się.
- Tak… Bardzo wielką. – mruknęłam, przypominając sobie jej dzisiejsze słowa. – Chodźmy już. – uśmiechnęłam się i zamknęłam za nami drzwi.

Smutny rozdział, ale przełomowy :) Dodaję rozdział dzisiaj, bo jutro prawdopodobnie nie zdążę, a wiadomo, że lepiej wcześniej, niż za późno :)  Jak obstawiacie ligę mistrzów? Bayern, czy Borussia? :)

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Rozdział 5


- Naprawdę chcesz się jeszcze męczyć? – upewniłam się, widząc chęć walki w oczach Matt’a.
- Serio. Choć. – pociągnął mnie w stronę siłowni. Zerknęłam na zdziwioną Irmę, która i tak szła za mną razem z Jurijem. Doszliśmy do niewielkiego, dobrze znanego mi  pomieszczenia. Na drabinkach wisiały drążki. No cóż, trzeba z siebie wykrzesać jeszcze resztkę sił. Stanęłam pod drewnianą rurką i dwa razy się podciągnęłam.
- Możemy zaczynać. – rzekłam, widząc jak Anderson szykuje się do zmagań.
 I znowu zaczęła się „zabawa”. Tym razem Matthew był silniejszy. Podciągałam się dwudziesty raz, kiedy zakręciło mi się w głowie i spadłam na ziemię. Matt widocznie się o mnie przestraszył i od razu znalazł się przy mnie.
- Nic ci się nie stało? – spytał z troską w głosie.
- Nie, nic. – odparłam i z trudem wstałam z posadzki, dalej mając mroczki przed oczami.
- Na pewno? Zbladłaś. – dopytywała się Irma.
- Na pewno. – odpowiedziałam stanowczo i przytrzymałam się ściany. – Wygrałeś Matt, może już chodźmy… - stwierdziłam zaniepokojona.
- Jasne. – mruknął Anderson, który miał chyba niemałe wyrzuty sumienia.
Po niecałej godzinie, z pomocą i siatkarzy znalazłyśmy się w mieszkaniu.
- Nie powinnaś się aż tak wysilać Monika… - zaczęła.
- Nic mi nie będzie. – mruknęłam. Czułam się coraz gorzej. W mojej głowie szumiało jak w pociągu, a w oczach miałam istną, bezgwiezdną noc. Stwierdziłam, że najlepiej w takiej sytuacji będzie pójście spać, jednak ze strachem kładłam się do łóżka, mając świadomość, że następnego dnia mogę się nie obudzić. Z trudem ubrałam pidżamę i położyłam się, po czym zapadłam w głęboki sen.

Obudziłam się bardzo wcześnie rano i wyszłam z pokoju, kierując się do kuchni, gdzie tradycyjnie przy stoliku siedziała Arkadiewna z kubkiem kawy w ręku.
- Hej… Boże, Monika, jak ty wyglądasz. Tobie coś jest! Zadzwonię do studia, przecież ciebie trzeba zawieźć na pogotowie w takim stanie! – panikowała.
- Irma, daj spokój. Nic strasznego mi się nie dzieje. Może po prostu się przeziębiłam…
- Tak, z pewnością… - ironizowała.
- Śpieszę się na wykłady. – powiedziałam i wyszłam do łazienki, bo wręcz odrzucało mnie od jedzenia. Ubrałam się w to, co wpadło mi w ręce i wyszłam do przedpokoju. Chociaż nigdy tego nie robię, usiadłam na ziemi i ubrałam buty, bo stojąc na jednej nodze nigdy bym tego nie dokonała. Arkadiewna pokręciła głową widząc moje poczynania, ale nic więcej nie mówiła. Z trudem wygrzebałam się z podłogi i pomaszerowałam na uczelnię. Dotarłam do wielkiego budynku i weszłam po schodach. Od razu skierowałam się do sali na wykład, gdzie naturalnie spotkałam Ivana.
- Hej ślicznotko… - no nie, już jest mi wystarczająco niedobrze. – Wyglądasz jakby cię walec przejechał… - uśmiechnęłam się sztucznie.
- Ivan, wiesz jak komplementować kobietę. Lepiej skup się na wykładzie. – spławiłam go, chociaż sama miałam głowę zajętą innymi myślami.

Czułam się dalej bardzo źle. Kręciło mi się w głowie i widziałam podwójnie. Na wszystkich wykładach starałam się szukać miejsca jak najbliżej okna, bo siedzenie na środku sali mogłoby się skończyć katastrofą, której szczegółów nie chciałabym przytaczać. „Lekcje” ciągnęły się niemiłosiernie. Jednak po piętnastej wróciłam do domu. Irmy jeszcze nie było, więc zabrałam się za robienie jakiegoś skromnego obiadu, bo jak już mówiłam, nie miałam na nic ochoty. Z trudem schylałam się bo garnki i wspinałam palce po przyprawy z szafki. Może rzeczywiście powinnam iść do tego lekarza? Zajęłam się pichceniem. Po kilkudziesięciu minutach przyszła Irma z nietęgą miną na twarzy.
- Coś się stało? – spytałam.
- Monia, martwię się o ciebie.
- Przejdzie mi. Jedz. – postawiłam jej talerz przed nosem i zakończyłam temat. Po obiedzie usiadłyśmy w niewielkim salonie i zaczęłyśmy oglądać jakiś film. Chciałam iść do łazienki i gwałtownie wstałam. W tej samej chwili poczułam silne zawroty głowy. Nie zdążyłam się niczego złapać i poleciałam na ziemię. Z tego wszystkiego pamiętam tylko silny ból i mocne uderzenie w kant ławy. Potem film mi się urwał…

Z perspektywy Arkadiewnej…

Monika oświadczyła mi, że idzie do łazienki, jednak nie zdążyła nawet postawić jednego kroku, bo zachwiała się i upadła na ziemię. Przeraziłam się nie na żarty. Uklęknęłam koło niej i próbowałam ją ocucić, jednak nic nie pomagało. Trzęsącymi się rękami złapałam telefon i wykręciłam numer na pogotowie. Po dziesięciu minutach pojawiła się karetka. Zabrali przyjaciółkę do samochodu i pojechali do szpitala. Zostałam sama w czterech ścianach. Chodziłam niespokojnie po całym mieszkaniu, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. W pewnym momencie zerknęłam na zegarek, który ukazywał godzinę siedemnastą trzydzieści. Stwierdziłam, że jeśli się pospieszę, to zdążę na wieczorny trening. Złapałam torbę i pobiegłam na halę. Na wstępie powiadomiłam całą drużynę, łącznie z trenerem co się stało. Wszyscy bardzo się przejęli. Wbrew moim przewidywaniom grałam dzisiaj całkiem dobrze. Wyżywałam się na piłce. Wychodząc z treningu spotkałam Matt’a i Jurija.
- Cześć Irma! – Bierieżko ucieszył się na mój widok.
- Gdzie Monikę zgubiłaś? – spytał z uśmiechem Matthew, a w moim gardle stanęła wielka gula. – Co się stało? – zaniepokoił się, widząc moją skamieniałą twarz.
- Jest w szpitalu… - wydukałam, czując łzy napływające do oczu.
 - Jak to w szpitalu? Co jej jest?! – złapał mnie za nadgarstki.
- Matt, spokojnie. – uspokajał go kumpel, ale wiele to nie dało.
- Straciła przytomność i przyjechało pogotowie… - zaczęłam opowiadać z trzęsącymi się rękoma. Zdziwiła mnie reakcja Jurija, który bez skrupułów, po prostu mnie przytulił.
- Jadę do szpitala… - stwierdził Anderson.
- Matt, przecież mamy trening… - zaprzeczał Bierieżko.
- Nie obchodzi mnie teraz trening! – krzyknął, biegnąc korytarzem. I tyle go widzieliśmy…

Z perspektywy Moniki…

Zaczęłam powoli otwierać oczy. Przez mgłę zobaczyłam człowieka w białym fartuchu. Z początku myślałam, że jestem w niebie, ale szybko zeszłam na ziemię.
- Pani Moniko, jak się pani czuje?
Nie najlepiej - odpowiedziałam, czując, jak ruchy ręką uniemożliwia mi kabelek podłączony do kroplówki. – Co mi jest? – spytałam zaniepokojona.
Lekarz spuścił głowę i popatrzył na mnie ze strachem w oczach.
- Więc? – byłam gotowa na najgorsze.
- Ma pani białaczkę… - powiedział, a mi przeleciało całe życie przed oczami. – Zrobiliśmy pani wszystkie badania i niestety wskazują one na to, że jest pani bardzo ciężko chora. Będzie pani potrzebowała dawcy szpiku, a zdaje sobie pani sprawę, że to szukanie igły w stogu siana… - skończył i wyszedł, a ja oparłam się na poduszce i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Po policzkach zaczęły mi spływać łzy. Po chwili zobaczyłam jak wysoka postać wchodzi do mojej sali.

Trochę dramaturgii… :) Mam nadzieję, że się podoba. Jak się nastawiacie na zbliżającą się Ligę Światową? :)

piątek, 26 kwietnia 2013

Rozdział 4


W końcu nadszedł dzień meczu. Arkadiewna niestety nie byłą tym faktem zachwycona, ale ostatecznie przekonałam ją. Usiadłyśmy sobie między bandą, a słupkiem sędziowskim z niebieskimi szmatkami w dłoniach. Oczywiście założyłyśmy  koszulki naszej drużyny, jednak gdyby grał plus ligowy klub, ubrałabym się zdecydowanie inaczej. Po chwili na płycie boiska pojawili się siatkarze. Rozsiedli się wygodnie na całej szerokości i zaczęli się rozgrzewać. Od razu wypatrzyłam przyjmującego z jedynką na plecach. Rozglądał się po wszystkich rzędach. Nie był to nikt inny jak Matt. Wolałam się nie odzywać, bo wyśmiałby mnie, że siedzę na szmatach, a nie w pierwszym rzędzie trybun. Niestety gwiazdeczki z reguły takie są.
- Nudno tu… - stwierdziłam, obrywając najmniejsze niteczki wychodzące z mojej niebieskiej szmatki.
- I ty to mówisz? Ty się przecież nigdy nie nudzisz… - podsumowała mnie Irma.
- Ja tylko stwierdzam fakty. – powiedziałam i z nudów zaczęłam się przyglądać „jedynce”, która nieudolnie starała się wykonywać  męskie pompki. Nie mogłam się powstrzymać…
- Matt, pełne pompeczki! Postaraj się! – wydarłam się, czym przyciągnęłam uwagę wszystkich zawodników. Chłopaki parsknęli śmiechem, a Anderson popatrzył na mnie z mordem w oczach, chyba mnie nie poznając. Z daleka przypominałam kulkę z burzą kłaków na głowie, a nie prawdziwą Monikę.
- Zrobisz lepsze? – krzyknął przez pół boiska.
- A założymy się? – jak ja lubię się droczyć. Taka polska natura…
- Lepiej wycieraj porządnie boisko, bo wylecisz! – oj, teraz to się nieźle wkurzył. Bynajmniej się tym nie przejmowałam, ale też nie chciałam go rozpraszać przed meczem, dlatego skończyłam zabawę.

Mecz się zaczął. Fajnie się oglądało walkę Kurek kontra Anderson. Gwoździe szły jeden po drugim, punkt za punkt. Każda akcja trwała blisko minuty. Zapowiadało się bardzo długie spotkanie. Końcem drugiego seta, coraz częściej biegałyśmy ścierać boisko, jednak w większości na stronę Dynama. Na piłce setowej Matt zażądał wytarcia parkietu. Podniosłam rękę i podbiegłam do miejsca, które wskazał przyjmujący. Nie zwracał na mnie uwagi, dopiero jak wstałam popatrzyłam się na niego. Oczy wyszły mu z orbit, a na twarzy pojawił się zawadiacki uśmiech.
- Kończ to, bo seta przegracie… - szepnęłam i pobiegłam na swoje miejsce. Widziałam tylko jak Matt stoi wryty w ziemię i przygląda mi się z uwagą. Pokazałam palcem na siatkę, czym wyrwałam go z transu. Ustawił się odpowiednio, a ja wróciłam do oglądania meczu. Seta wygrał nasz Kazań, jednak dopiero przy wyniku 29:31. W sumie, tego można się było spodziewać. Wstałam z miejsca i poszłam po trzy zgrzewki wody, które wskazał fizjoterapeuta. Oprócz ścierania, musiałam również działać jako obsługa, szkoda tylko, że nam za to nie płacą. Podeszłam do stolika i zaczęłam wyciągać butelki z foliowych opakowań. Podeszłam do zawodników i podałam im picie.
- Od kiedy jesteś na obsłudze? – przede mną wyrósł sam Jurij Bierieżko.
- A tak się złożyło… - uśmiechnęłam się.
- A jest Irma? – spytał z nadzieją w głosie.
- Jest, o tam siedzi. – wskazałam na krzesełka pod słupkiem sędziowskim. - Nie zauważyliście nas?
- Raczej skupiam się na piłce. – roześmiał się, spoglądając w stronę dziewczyny. Cieszył się jak dziecko. – Szukałem jej wzrokiem na trybunach, ale już wiem dlaczego nie znalazłem.
- Nie podrywaj mi tutaj… - nagle za mną pojawił się Matthew i objął mnie ramieniem, na co ja zmroziłam go spojrzeniem. Od razu wziął rękę. Jurij zaczął się z nas śmiać.
- Ale się kochacie… - podsumował.
- Mhm… jak pies z kotem. – mruknęłam pod nosem.
- Oj, już się tak nie bocz. – Matt starał się mnie udobruchać. - Pompki dalej aktualne? – spytał po chwili.
- Jak najbardziej. – uśmiechnęłam się zadziornie.
- Po meczu w szatni. Zobaczymy kto więcej zrobi. Dostaniesz fory, bo będę zmęczony. – powiedział.
- Myślisz, że nie wierzę w swoje możliwości? Mylisz się kochaniutki. Wracam, bo muszę wytrzeć „miejsce bitwy”. – ostatnie wyrażenie wzięłam w tak zwane „króliczki”, na co chłopaki wybuchli śmiechem. – Nie śmiejcie się, zapowiada się niezła batalia… - pogroziłam im palcem i poszłam do Irmy, która przywołała mnie ręką, ale równocześnie pomachała do moich towarzyszy.
-My tu mamy pracować, a nie pogaduchy sobie urządzać. – zbeształa mnie.
- Coś ty taka dzisiaj nie w sosie?
- Mam swoje powody. – warknęła.
- No już się tak nie denerwuj. Powiedziałam coś nie tak? – spytałam.
- Nie. Nic, nie ważne. Siadaj, bo set się zaczyna. – powiedziała i przycupnęła na zielonym stołeczku, ciągnąc mnie za koszulkę. Posłusznie zajęłam miejsce obok skrzydłowej i całkowicie pochłonęłam się meczem.

Ostatecznie wygrał Zenit Kazań, jednak po pięciosetowej bitwie. Ale w sumie wszyscy, poza wiecznymi optymistami (czyt. Matt i Jurij) tak przewidywali. Zgodnie z umową po meczu zjawiłyśmy się z Irmą w szatni, która opustoszała. Zostało tylko dwóch wspaniałych, czyli Anderson i Bierieżko.
- I jak, zaczynamy? – spytał z zawadiackim uśmiechem.
- Naturalnie… - odwzajemniłam gest i chwilę później znalazłam sobie miejscówkę na posadzce, podobnie jak Matt.
- Mamy liczyć? – Irma chyba starała się mnie wspierać, ale nie za bardzo jej to wychodziło.
- Będzie sprawiedliwie. – podsumowałam. – Irma Tobie… – zwróciłam się do przyjmującego. – A Jurij mi, zgoda? – powiedziałam, po czym wszyscy zgromadzeni na naszym pompkowym turnieju przytaknęli.
- No to jedziemy. – ogłosił Matt i zaczęliśmy nasze zmagania.
Szło mi całkiem dobrze, byłam już przy pięćdziesiątej czwartej pompce, co prawda, ręce trzęsły mi się już niemiłosiernie, a z twarzy kapały kropelki potu. W tej samej chwili Matt poległ na ziemię. Czułam, że zrobił to w ostatniej chwili, bo sama więcej bym nie wytrzymała. Jednak biedaczka usprawiedliwiał pięciosetowy mecz. Wcale mu się nie dziwiłam. Przewróciłam się na plecy i łapczywie wyłapywałam z powietrza wszystkie atomy tlenu. Matt podparł się na łokciach i popatrzył na mnie z szerokim uśmiechem.
- Przyznam, że czegoś takiego się po dziewczynie nie spodziewałem. – wysapał.
- Mierz siły na zamiary! – uśmiechnęłam się i obróciłam głowę w jego stronę, dalej nie mogąc złapać oddechu.
- Niezła jesteś… A wy co stoicie jak kołki? – popatrzył na Jurija i Irmę. – Kto zrobił więcej? – Nasi towarzysze chytro się uśmiechnęli.
- Było tyle samo!- powiedziała Arkadiewna.
- Ale jakim cudem? Miałem pięćdziesiąt cztery! – krzyknął przerażony.
- Ja też. – szepnęłam, z trudem podnosząc się do pozycji siedzącej.
- No to rewanż. – powiedział Jurij, z trudem powstrzymując śmiech, widząc minę swojego przyjaciela.
- Jestem za… - przytaknął Matt. – Podciągamy się na drążku, pasi?
- Że co? Postradałeś zmysły człowieku? – ryknęłam.
- Czyli twierdzisz, że jesteś słabsza. – ale mnie prowokował. W sumie, to nie mogłam odpuścić.
- Zgoda. Pokaż gdzie i zaczynamy…

Długi wyszedł, ale chyba o to chodziło ;) Jak tam wam minął tydzień? Komentujcie! ;)Co myślicie o nowym rozgrywającym Resoviaków, Fabian sobie poradzi? Bo ja myślę, że to był strzał w dziesiątkę ;) Pozdrawiam ;*