wtorek, 23 lipca 2013
czwartek, 11 lipca 2013
Rozdział 11
- Jak się
nazywasz? – spytałam dziewczynkę.
- Alice. –
wychlipała.
- Powiesz
nam jak się czujesz? – spytałam, zerkając na stojących nade mną lekarzy. Mała
nie powiedziała zbyt wiele. Jedynie pokręciła głową.
- Why? –
dodała Jonson. Alice podniosła na nią wzrok i ponownie się rozpłakała. Lekarka
się poddała i unosząc dłonie w geście kapitulacji wyszła do innego
pomieszczenia.
- A może
pójdziesz ze mną do pokoju i powiesz mi, jeśli będziesz chciała. – lekarze
chcieliby wyciągnąć od roztrzęsionego dziecka wszystko na raz, a tak się
składa, że ja przez te kilka lat też zdobyłam jakieś doświadczenie. Dziewczynka
przytaknęła. Wzięła mnie za rękę i razem poszłyśmy do mojej sali. Posadziłam
małą na łóżku i rozpoczęłam swój wywiad.
- Co się
stało? – spytałam kucając przed nią.
- Nie wiem…
Wjechało w nas inne auto. – powiedziała. No tak. Przecież nie zda mi
sprawozdania z wypadku.
- A
pamiętasz, kto nim jechał? – pokręciła główką.
- A co to
był za samochód?
- Taki duży,
czerwony. – szepnęła, a ja uniosłam palec do góry i zapisałam spostrzeżenie w
notesie. Czułam się jak James Bond, ale tylko ja mogłam tu jakoś pomóc, dopóki
nie ściągną tłumacza.
- Mieszkasz
tutaj, bo jesteś z Polski, prawda? – ponownie zapytałam.
- Tak. Od
urodzenia.
- Rozumiem.
I nie znasz angielskiego? – zdziwiłam się.
-Nie. Tylko
troszkę. Chodzę do szkoły, gdzie mówią po polsku.
- Aha. To
wyjaśnia sprawę. – uśmiechnęłam się. – A ile masz lat?
- 7
- Czyli
chodzisz do pierwszej klasy?
- Tak.
- A masz tu
jakąś rodzinę?
- Tak. Moim
wujkiem jest ten znany… – przerwała jej doktor Jonson, wchodząc do sali i
biorąc Alice na badania. Usiadłam na łóżku i wzięłam telefon do ręki. Dwa
nieodebrane połączenia od Matt’a. Zadzwoniłam do niego. Za chwilę usłyszałam znajomy
głos, jednak tym razem był jakiś inny.
- Cześć
Matt, dzwoniłeś.
- Tak. Stało
się coś strasznego…
- Matthew.
Co jest? – przestraszyłam się.
- Moja
siostra zginęła w wypadku samochodowym. – czułam, ze się rozpłakał.
- O mój Boże…
Tak strasznie mi przykro. - przeraziłam
się i nic więcej nie mogłam powiedzieć.
- Po jutrze
ma być jej pogrzeb. Nie dostanę się do Buffalo
w parę godzin. Monika, proszę cię, jesteś w Bostonie. Jedź tam za mnie.
Moi rodzice cię znają. Mówiłem im o tobie. Będziesz jak rodzina, błagam cię…
- Oczywiście
Matt. Postaram się tam dotrzeć. O której i gdzie będzie pogrzeb? – niestety czekała
mnie jeszcze jedna przykra przeprawa przed przeszczepem. Wzięłam się w garść i
spisałam wszystkie informacje.
Rozłączyłam się, a potem zaczęłam szukać
jakiegoś taniego biletu z Bostonu do Buffalo. Zamówiłam lot o godzinie osiemnastej,
kolejnego dnia.
Poszłam wziąć
kąpiel i położyłam się spać.
Rano znowu obudziła mnie doktor Jonson z młodą
pacjentką. Dziewczynka była na mnie skazana, jednak mnie to nie martwiło. W
końcu uwielbiałam dzieci. Wstałam, ubrałam się i zjadłam niewielkie śniadanie, poczym
poszłam do Alice.
- Co
porabiamy? – wzięłam ja za rękę i skierowałam się w stronę plaży.
- Lecę dzisiaj
wieczorem na pogrzeb rodziców. – powiedziała smutno.
- A dokąd? –
w mojej głowie zaczęły snuć się pewne przypuszczenia.
- Do
Bufallo. – poczułam się, jakby strzelił we mnie piorun. Dlaczego Matt nic nie
wspomniał o mężu i dziecku swojej siostry? Czy był aż tak bezduszny, żeby nie
interesować się losem siostrzenicy?
- Ach tak…
Bo wiesz, tak się składa, że ja też tam jadę.
- Naprawdę?
Samolotem?
- Tak.
Dzisiaj o osiemnastej. Zgadza się?
-
Oczywiście. – Alice rzuciła mi się na szyję, jednak mi nie było w cale się z
czego cieszyć.
Przed
wylotem zadzwoniłam do Andersona. Chciałam wyjaśnić całą tą sytuację.
- Cześć
Monia, lecisz za godzinę, tak?
- Tak. Jest
coś, o czym musimy porozmawiać. Twoja siostra miała córkę i męża, prawda?
- Tak. Oboje
zginęli… - powiedział nostalgicznym głosem.
- A właśnie,
że nie…
Przepraszam, że dodaję dzisiaj, ale
stwierdziłam, że ten rozdział wymaga poprawek, więc jeszcze chwilę nad nim
popracowałam. Jadę w Niedzielę do Grecji i nie jestem pewna, czy dam radę
dodawać tam rozdziały. Wi-fi podobno jest, tylko nie wiadomo jak z prędkością Internetu…
Jak się nastawiacie na mecze z Bułgarią? J
piątek, 5 lipca 2013
Rozdział 10
Od razu po starcie zasnęłam. Pamiętam tylko delikatny
wstrząs gdzieś nad oceanem. Pewnie turbulencje. Obudziłam się dopiero, kiedy
stewardessa oznajmiła, że lądujemy. Zapięłam więc pasy i czekałam, aż maszyna
„usiądzie” na płycie lotniska. Kiedy samolot się zatrzymał, odetchnęłam z ulgą
i wyszłam. Na lotnisku zabrałam swoje bagaże i wezwałam taksówkę. Po
kilkudziesięciu minutach byłam na miejscu. Mój nowy dom, czyli po prostu
szpital był niewielkim, jasno pomalowanym budynkiem, pokrytym czerwoną dachówką.
Przyznam się, że takiego jeszcze nigdy nie wiedziałam. W środku wyglądał
naprawdę bardzo imponująco. Widać było, że USA dysponuje o wiele większymi
finansami, niż Rosja. Snułam się długimi korytarzami, aż doszłam do właściwego
pomieszczenia. W gabinecie siedziała niewysoka, szczupła kobieta, oczywiście w
białym fartuchu.
- Dzień dobry. – zaczęłam po angielsku. W końcu byłam w
Ameryce.
- Pani Monika Gonzalez? – spytała, podając mi dłoń.
- Tak. To ja. – przytaknęłam ściskając jej rękę.
- Jak się pani czuję. Mogę zerknąć na wyniki? – wyciągnęłam
teczkę i podałam jej dokumenty. Wydawała się być bardzo ciepłą i sympatyczną
osobą. – Więc plan mamy taki…
- Zamieniam się w słuch. – uśmiechnęłam się.
- Po tradycyjnych badaniach i umieszczeniu pani w
odpowiednim otoczeniu, podamy szpik. Ma pani dość dobre wyniki i jestem prawie
pewna, że się przyjmie. Jednak i to nie daje stuprocentowej pewności na
całkowite wyzdrowienie. Mam nadzieję, że nawrót choroby nie wystąpi.
- Rozumiem. – przytaknęłam spokojnie, chociaż w środku cała
się trzęsłam.
- Ma pani jakieś pytania?
- Kiedy będę mogła wrócić do domu? – spytałam.
- Myślę, że za około dwa miesiące. Zależy to od pani stanu
zdrowia.
- Dobrze. – uśmiechnęłam się, co lekarka po raz pierwszy od
początku rozmowy odwzajemniła.
Wyszłam na zewnątrz i powędrowałam do swojej sali. Miałam
dość białych, szpitalnych pomieszczeń, jednak tym razem byłam mile zaskoczona,
ponieważ to wyglądało jak mały pokoik pomalowany na pomarańczowo. W rogu stało
niewielkie, drewniane łóżko i mała szafeczka. Na środku leżał futrzany dywan, a
na ścianach śliczne obrazy. Okno było przysłonięte czerwoną zasłonką, a obok
stała palma w doniczce. Byłam wprost zachwycona. Przerażała mnie świadomość, że
prawie dwa miesiące będę musiała tu wytrzymać, a tutaj miła niespodzianka.
Wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam do Matt’a.
- Halo? – odezwał się znajomy głos.
- Co słychać, nie przeszkadzam?
- A skąd! Jak się czujesz, co słychać, jak lot?
- Powoli. – roześmiałam się. – Wszystko w porządku. Po
jutrze mam mieć operację. Lekarka mówi, że wszystko jest na dobrej drodze.
- Świetnie. Nie uwierzysz co się stało.
- Co? – zdziwiłam się.
- Irma z Jurijem… - zaczął, ale oczywiście mu przerwałam.
- Są razem?! – krzyknęłam.
- Nie drzyj się, tak! – zaczął się śmiać.
- O matko. Jaka ze mnie dobra swatka…
- A ze mnie to nie? – chyba się uśmiechnął.
- Jak tam treningi? – spytałam po chwili.
- Wszystko w porządku. Za niedługo mecz z Krasnodarem i
podobno wychodzę w szóstce.
- Super Matt. – usiadłam po turecku na łóżku. – Na pewno będę
oglądać.
- Podobno to przyszły klub Jurija. Ale wiesz, że to jeszcze
nic nie wiadomo.
- Jeszcze dużo czasu. A ty nie wyjeżdżasz na przyszły sezon?
- Oczywiście, że nie. Przecież bym cię nie zostawił.
- Myśl o karierze Matt, ja też za parę lat w końcu stąd
ucieknę.
- Ale dalej będziemy razem? – czy on się przestraszył, że ja
z nim zrywam?
- Oczywiście głuptasie. Choćbyś grał w Chinach, a ja
studiowała w Afryce, to zawsze będziemy blisko siebie. – poczułam jak łzy
napływają mi do oczu. Jednak w tej chwili dostałam potężnego kopa w cztery
litery i zdałam sobie sprawę, że potrafię wyjść z tej choroby i wrócić do
Matthew’a.
- Kocham cię Monia. Dzwoń szybko, bo długo tu nie wytrzymam.
- Ja ciebie też. Zadzwonię jutro wieczorem. Pa.
- Do usłyszenia. – wyłączył się.
Rozpakowałam się, uczesałam włosy i zaczęłam czytać książkę.
Mój chłopak wie, do czego warto zaglądnąć. Stare, amerykańskie thrillery są
świetne. Przy okazji doszlifowałam swój angielski. Moje zajęcie przerwało
pukanie do drzwi. To była dr Jonson.
- Przepraszam, że pani przeszkadzam… - zmieszała się.
- Ależ nie szkodzi. – uśmiechnęłam się.
- Potrzebujemy tłumacza. Przyjechała karetka z małą
dziewczynką z wypadku. Rodzice nie żyją, a mała nie zna żadnego języka, tylko
polski. Nie chce się do nikogo odezwać. Może pani spróbuje.
- Oczywiście, już idę. – odłożyłam książkę i poszłam za
kobietą na izbę przyjęć. Na wózku siedziała mała, zapłakana dziewczynka. Podeszłam
do niej i zaczęłam z nią rozmawiać. Wszyscy stanęli jak wryci, kiedy po raz
pierwszy od kilku godzin, dziewczynka się uśmiechnęła.
Dodaję nowy rozdział :)
Dzisiaj mecz. Chłopaki, cztery mecze i awans!!! Dadzą radę. Kto ze mną
kibicuje?! :) Kolejny we środę :)
sobota, 29 czerwca 2013
Rozdział 9
- Monika!
Wstawaj, Matt przyszedł! – krzyczała mi do ucha znana mi osóbka. Otworzyłam
oczy i zobaczyłam rumianą twarz Irmy.
- Co? Już
wstaję. Która godzina? – wymruczałam, drapiąc się po głowie.
- Prawie
jedenasta! Wstawaj śpiochu. – uśmiechnęła się. – Już wstała! – ryknęła przez
uchylone drzwi, w których chwilę potem pojawił się Matt z czerwoną teczką w
ręku.
- Co to? –
spytałam, zerkając na tekturowy przedmiot.
- Zgadnij… -
mrugnął do mnie.
- Nie
wierzę… Tak szybko udało ci się załatwić? – szeroko otworzyłam oczy. Miałam
świadomość, że na wizę z reguły czeka się miesiącami, a ja dostałam w przeciągu
jednego dnia.
- Moja
siostra jest gotowa zrobić dla mnie wszystko. – uśmiechnął się.
- Świetnie.
Szukałam biletów. Najbliższe loty są przewidziane na siedemnasty grudzień.
- To w sam
raz. – ponownie ukazał rząd białych zębów.
- Właśnie.
Idę się ubrać i porozmawiamy. Poczekaj momencik. – powiedziałam i wzięłam z
fotela stertę poskładanych ubrań. Narzuciłam na siebie jeansy, ciepły sweterek
i tradycyjnie zaplotłam długiego warkocza, po czym wróciłam do pokoju. Matt
stał przy komodzie i oglądał moje zdjęcia.
- Gdzie to
było? – wskazał na fotografię, na której siedzę przy fortepianie.
- To? –
zastanowiłam się. – Chyba w filharmonii w zeszłym roku, a co?
- Grasz na
fortepianie?! – zdziwił się.
- Tak.
Bardzo długo… - uśmiechnęłam się, wskazując na instrument stojący w rogu
pokoju.
- Człowiek
renesansu z ciebie.
- Nie
przesadzaj. – odparłam. – Przepraszam cię Matthew, ale śpieszę się na wykłady.
Pogadamy wieczorem? – spytałam.
-
Oczywiście. Już się zmywam. Hej. – dostałam buziaka na pożegnanie i Matt
zniknął za drzwiami.
Poszłam do
kuchni i zjadłam śniadanie. Wpakowałam w siebie garść lekarstw uodparniających,
złapałam torbę i wyszłam z mieszkania. Przedzierając się przez gęste zaspy
śniegu dotarłam do budynku uczelni. Tradycyjnie spotkałam… Kogo? Ivana…
- Cześć
ślicznotko. Co słychać? – zaczął szczebiotać.
- Nic
ciekawego.
- Słyszałem,
że wyjeżdżasz. – męczył mnie.
- Owszem. –
mruknęłam nie zerkając na niego.
- Na ile? –
drążył temat.
-
Prawdopodobnie na kilka miesięcy. – miałam świadomość, że kilka miesięcy może
się przedłużyć do wieczności, jednak nie dawałam mu tego po sobie poznać.
- Aż tak
długo? Jak ja tu wytrzymam bez ciebie?! – podryw mu w żadnym wypadku nie wychodził.
- Nie martw
się, wytrzymasz. – przyspieszyłam kroku i kilka chwil później znalazłam się w
sali wykładowej. Usiadłam bliżej, żeby nie spotkać mojego adoratora. Wykład był
całkiem ciekawy. Zrobiłam notatki, a na marginesie tradycyjnie narysowałam
dziesiątki serduszek, ślicznie się uśmiechając do kratkowanych kartek. Moje
natchnienie artystyczne skończyło się równo z wkładem niebieskiego długopisu. Kilkanaście
minut po trzeciej wyszłam w budynku uniwersytetu i pognałam prosto do autobusu,
żeby przedostać się na lotnisko. Zdobyłam bilet. Teraz brakowało mi tylko i
wyłącznie szczęścia. Wróciłam do domu i zaczęłam się pakować. Gdy dopinałam
zamek walizki, ręce zaczynały mi się trząść. Nie potrafiłam nad sobą zapanować.
Byłam silna i starałam się nie poddawać, jednak to nie było takie proste w
obliczu śmierci. Najgorsze chwile dopiero przede mną, kiedy będę musiała się ze
wszystkimi pożegnać. Na szczęście w tej samej chwili do pokoju wkroczył uśmiechnięty
Matt. Gwałtownie się wyprostowałam i
stanęłam przed chłopakiem.
- Spakowana?
– spytał.
- Tak. -
otarłam policzek wierzchem dłoni.
- Ty
płaczesz? – złapał mnie za rękę i mocno przytulił.
- Nie… -
mruknęłam cicho, jednak po chwili cały rękaw jego koszulki stał się mokry.
- Monika,
powinnaś się przecież cieszyć. – powiedział.
- Cieszyć? –
spytałam zadziwiona. – Znalazłam się pomiędzy młotem, a kowadłem. Możliwe, że
nigdy już tu nie wrócę, że nigdy się z wami nie zobaczę… - wychlipałam.
- Albo do
końca życia będziesz tu z nami, zdrowa. – dokończył. Kiedy mnie już puścił,
jeszcze raz mnie pocałował i po chwili stałam przed drzwiami. Pożegnałam się
jeszcze z Moniką i Jurijem, a potem Matt odwiózł mnie na lotnisko. Tam czekało
na mnie najgorsze.
- Kocham cię…
- wyszeptał mi do ucha, poczym namiętnie mnie pocałował. Odpowiedziałam mu tym
samym. Za chwilę usłyszeliśmy komunikat, że mój samolot odlatuje za kilkanaście
minut.
- Zobaczymy
się za niedługo, obiecuję. – Przyciągnął moją dłoń do swojego serca.
- Wiem Matt.
– niemrawo się uśmiechnęłam i poszłam w kierunku odprawy. Widziałam jak mój
chłopak stoi nieruchomo, odprowadzając mnie wzrokiem. Wkrótce zniknęłam za
ciemnymi drzwiami, ciągnąc za sobą swój bagaż.
Jestem. Powracam :D Z nowym pomysłem,
mam nadzieję, że się będzie podobać. Jak tam u Was pierwszy dzień wakacji? ;)
niedziela, 16 czerwca 2013
Uwaga!

Przepraszam, ale muszę zawiesić bloga do 28 czerwca, wtedy zacznę kontynuować opowiadanie. Nie mam czasu, po prostu się nie wyrabiam, a ostatnio straciłam wenę i wolę poczekać i coś fajnego wymyślić. Obiecuję, że do Was wrócę z nowymi pomysłami, a może nawet zacznę pisać jeszcze jednego bloga. Do zobaczenia!
sobota, 8 czerwca 2013
Rozdział 8
Dni mijały w
ekspresowym tempie. Moje życie rozpływało się w powietrzu. Przynajmniej Matt
dotrzymywał mi towarzystwa. Przychodził, pytał jak się czuję, spełniał
wszystkie moje prośby, które starałam się ograniczać. Od naszych historycznych
wyznań minął cały miesiąc. Zaczęła się liga, oczywiście beze mnie w składzie, a
razem z nią niekontrolowana walka z czasem. Zdawałam sobie sprawę, że
prawdopodobnie tą walkę przegram. Niestety, zgodnie z przewidywaniami lekarzy,
dawcy jak nie było, tak nie ma, a ja czułam się coraz gorzej. Nie chciałam
jednak niepokoić innych, dlatego robiłam dobrą minę do złej gry. Pod koniec
listopada postanowiłam wybrać się do lekarza. Przedzierając się przez wysokie
zaspy dotarłam do szpitala i skierowałam się do gabinetu lekarskiego.
- Witam
panią. – uśmiechnął niewysoki mężczyzna
w średnim wieku.
- Dzień
dobry. Przyszłam na kontrolę. – po mimo złego samo poczucia, humor mi
dopisywał, co było naturalnie zasługą Matt’a.
- Badania za
chwilkę, a tym czasem mam dla pani wspaniałą wiadomość. – cieszył się coraz
bardziej. Wyciągnął z teczki jakieś dokumenty i pokazał mi. Zaczęłam czytać
wszystko, co było tam napisane.
- I jak,
cieszy się pani? – spytał z radością w głosie, kiedy w moich oczach pokazały
się łzy. Łzy szczęścia. Dokumenty dotyczyły osoby, która zgodziła się oddać dla
mnie szpik. Nie posiadałam się ze szczęścia. Dawało mi to nadzieję, że może
jednak nie wszystko stracone.
- Tak… -
wydukałam.
- Tylko jest
jeden malutki problem. Będzie pani musiała wyjechać do Stanów Zjednoczonych.
Nie wiem, czy ma pani taką sposobność. Oczywiście potrzebna jest wiza.
- Zdaję
sobie sprawę, ale znam kogoś, kto mi w tym na pewno pomoże. – uśmiechnęłam się
do doktora.
- To
świetnie. - Klasnął w dłonie, po czym zabrał się do badań krwi. Po godzince
byłam już wolna i w podskokach podążałam do domu. Wpadłam do mieszkania i
pierwsze co zrobiłam, to wybrałam numer do Matt’a. Odebrał po trzech sygnałach.
- Słucham?
- Matt,
muszę ci coś powiedzieć. – cieszyłam się jak dziecko. – Spotkajmy się w
kawiarni na osiedlu
wieczorem.
- Jasne. A
coś się stało? – spytał z niepokojem.
- Nic
głuptasie. Całuję, papa. – wysłałam mu buziaka i zakończyłam połączenie.
Pierwszy raz
od miesiąca czułam się naprawdę szczęśliwa. Wpadłam do pokoju i zaczęłam
wybierać ubrania, czego z reguły nie robię. Nie mając co ze sobą zrobić,
wysprzątałam całe mieszkanie. To nic, że byłam potem wykończona. To było takie
przyjemne zmęczenie.
Po kilku
godzinach przyszła Irma. Od razu przekazałam jej wiadomość. Była
przeszczęśliwa. Nadszedł wieczór, w związku z czym poszłam do kawiarni,
porozmawiać z Andersonem.
Gdy tylko
weszłam, zobaczyłam go siedzącego przy stoliku w samym rogu pomieszczenia.
Podeszłam i złapałam go za rękę. Ucieszył się na mój widok.
- O czym
chciałaś porozmawiać? – spytał.
- Znaleźli
dawcę… - zaczęłam, ale ktoś mi przerwał, namiętnie mnie całując. Matt chciał
chyba dać mi do zrozumienia, że bardzo się cieszy.
- Nie
wierzę. – albo mi się wydawało, albo w jego oczach widziałam łzy.
- Tylko jest
jeden problem. – mruknęłam. – Muszę zmienić miejsce leczenia na Amerykę. Nie
mam wizy, ani nic z tych rzeczy…
- O to się
nie martw. Wszystko ci załatwię. Moja siostra pracuje w ministerstwie.
- Naprawdę?
– przytuliłam go.
- Tak. Nawet
nie wiesz jak się cieszę. – rzeczywiście, nie da się opisać radości,
wymalowanej na jego twarzy. – Na kiedy jej potrzebujesz?
- Jak
najprędzej… - powiedziałam.
- Jeszcze
dzisiaj postaram się coś zrobić. Jak się czujesz? – spytał z troską.
- Od
ostatniej wizyty, fantastycznie. – tryskałam wręcz energią.
- Widziałaś
Irmę i Jurija? – uśmiechnął się.
- Nie,
zniknęli na cały wieczór.
- Myślisz,
że można ich tak zostawić? – roześmiał się. – Mam nadzieję, że będą grzeczni.
- Oby… -
mruknęłam i popatrzyłam na niego spod byka. – Kiedy kolejny mecz?
- W sobotę.
– była środa, więc do kolejnego spotkania z Nowosybirskiem.
- Dacie
sobie radę? – złapałam go za rękę, za co obdarzył mnie czułym uśmiechem.
- A jakby
inaczej. Tym razem też będziesz wycierać boisko i wypominać mi, że robię
niedokładne pompki?
– roześmiał się.
-
Powstrzymam się… - przytaknęłam. Chwilę później do Matt’a zadzwonił trener.
Musiał załatwić jakąś sprawę na hali i musieliśmy wracać.
- Odwieźć
cię? – spytał.
- Ależ skąd,
przejdę się. Cudownie pada śnieg. – popatrzyłam w niebo, kiedy wyszliśmy z
kawiarni.
- W sumie,
masz rację. – popatrzył na mnie. Dostałam soczystego buziaka i musiałam się
pożegnać z moim przyjmującym. Przed dwudziestą byłam w domu, pełna energii i
chęci do życia, jednak trochę zmęczona. Zbliżało się Boże Narodzenie, jednak
nie miałam najmniejszej ochoty wracać do Brazylii. I tak miałam je spędzić w
Stanach. Może będę miała okazję spędzić Wigilię, chociaż sama ze sobą. Irma
pojedzie do Moskwy, Matt też do swojej rodziny, więc zostanę sama. Odpędziłam
od siebie nieprzyjemne myśli i wskoczyłam do łóżka. Wzięłam książkę, którą
właśnie czytałam i wkrótce usnęłam. Śniły mi się koszmary. Pusty grób po środku
potężnego cmentarza. Nie mogłam poznać, do kogo należał. Nad granitową płytą
były pochylone trzy osoby. Dziewczyna i dwóch chłopaków. Już miałam zobaczyć
ich twarze, kiedy ktoś gwałtownie mną szarpnął…
wtorek, 28 maja 2013
Przepraszam Was!
Naprawdę to nie ode mnie zależy, ale komputer dalej jest w naprawie, a nigdzie indziej nie mogę pisać. Obiecuję, nawet przysięgam, że kolejne rozdziały pojawią się w przeciągu około dziesięciu dni, ale przepraszam Was strasznie za to, że tak długo czekacie, a ja się nie odzywam. Wybaczycie? :) LIGA ŚWIATOWA nieługo, mam nadzieję, że zabije Wam to nudę :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)