środa, 21 sierpnia 2013

Rozdział 14

Weszłam do mojego świeżo umeblowanego mieszkania. Wyglądało naprawdę prześlicznie, chociaż nigdy nie byłam zbytnio wymagająca. Zajrzałam najpierw do kuchni. Była niewielka, ale urządzona bardzo stylowo. W końcu małe jest piękne. Kuchnia łączyła się z salonem, który wprowadził mnie w stan euforii. Od razu skoczyłam na wielką sofę, stojącą w rogu. Nie kontrastował z innymi pomieszczeniami, ponieważ też był niebieski. Dalej weszłam do błękitnej łazienki, która również wyglądała przeuroczo. Rozmarzyłam się, widząc wielką wannę. Następnie weszłam do swojej sypialni. Oczywiście z zamkniętymi oczami. Każdy się zapewne domyśla, w jakim była kolorze. Zaśmiałam się sama do siebie, że klub musiał wydać fortunę na to mieszkanie. Przypomniałam jeszcze sobie, że za dwa dni miałam dostać nowiutką białą Kie Sportage. Na zaspy, które pojawiały się tu w czasie zimy, inny samochód nie zdałby egzaminu.

Wprowadziłam swoje walizki do pokojów i powoli zaczęłam się rozpakowywać. W międzyczasie zamówiłam jeszcze pizzę. Po pysznej kolacji, dokończyłam swoją robotę i poszłam wziąć gorącą kąpiel. Usiadłam na sofie i zaczęłam skakać po kanałach. Krótko mówiąc, nie miałam co robić. Zadzwoniłam do Irmy, ale nie odbierała. Wywnioskowałam, że wyszła gdzieś z Jurijem. Tradycyjnie moje myśli zaczęły krążyć wokół Matt’a. Czy ja za nim tęskniłam? O nie! W życiu! To zamknięty rozdział w moim życiu. Kilka łez ciężko stoczyło się po moich bladych od przebytej choroby policzkach. Zaczęłam pisać nową historię. O sobie, jako sportowcu. Skończyłam z dawnym życiem. Teraz liczyło się tylko zdrowie i kariera, nic więcej. Ostatnią bliską mi osobą była jeszcze Irma, która była oddalona ode mnie o kilkaset kilometrów. Ciekawe, czy mój ojciec wie, że wyzdrowiałam. Czy się cieszy. Jednak, wątpiłam w to. Położyłam się do łóżka. Długo nie mogłam zasnąć, snując myśli, czy na pewno dobrze postąpiłam. Może mogłam dać Anderson’owi kolejną szansę? Nie!

- Nawet tak nie myśl! – krzyknęłam sama do siebie, gwałtownie się budząc. Ukryłam twarz w dłoniach i zaczęłam cicho szlochać. Przypomniałam sobie wszystkie chwile z nim spędzone. Tak bardzo mi go brakowało. Zaczynałam żałować, że wyzdrowiałam. Ponownie odechciało mi się żyć. Co miałam zrobić? Wstałam z łóżka i wygrzebałam zdjęcie swojej mamy. Z niewielkiej fotografii uśmiechała się do mnie i dodawała mi odwagi. Miałam wrażenie, że przede mną stoi i daje niezawodne rady. Włożyłam zdjęcie pod poduszkę i usiłowałam zasnąć. W nocy przyśniła mi się moja mama. Prawą dłonią pokazywała na swoje serce, jednak nic do mnie nie mówiła, tylko ciepło się uśmiechała. Dokładnie tak, jak wtedy, kiedy widziałam ją po raz ostatni. Weszłam do pięknej krainy, otoczonej lasami. Przede mną płynął strumień, a w dali widziałam zarysy gór. Pomyślałam, że tak musi wyglądać niebo. Gdzieś koło mnie bawiły się dzieci i skakały sarny. Do moich uszu docierał czyjś śmiech i słodkie ćwierkanie ptaków. Ponownie pojawiła się moja mama, jednak tym razem złapała mnie za rękę. Zaczęła nucić mi piosenkę, która zawsze usypiała mnie w dzieciństwie.

Żaden dzień sie nie powtórzy, 
Nie ma dwóch podobnych nocy, 
Dwóch tych samych pocałunków, 
Dwóch jednakich spojrzeń w oczy. 

Wczoraj, kiedy twoje imię 
Ktoś wymówił przy mnie głośno, 
Tak mi było, jakby róża 
Przez otwarte wpadła okno. 

Uśmiechnęłam się, ponownie słysząc te słowa. Jednak nie dane mi było się nacieszyć tą chwilą. Usłyszałam grzmot, a od razu potem zobaczyłam błyskawicę, która oddzieliła mnie od mamy. Zerwałam się gwałtownie i z powrotem zobaczyłam jasne ściany mojej sypialni. Zerknęłam na zegarek. Była 6:30. W sam raz, żeby pobiegać. Wyciągnęłam z szafy swoje stare, wytarte dresy i zieloną bluzę. Za nogi założyłam wysłużone air max’y i wybiegłam z mieszkania. Biegłam truchtem przez park. Na drzewach pojawiały się zielone liście. Był koniec marca i pogoda znacznie się zmieniała. Usiadłam na jednej z ławek, stojących pod wielkim platanem. Odpoczęłam pięć minut i pobiegłam dalej, po drodze kupując kakao i świeże mleko, ponieważ w lodówce nie miałam nic. Treningi miałam zacząć już po jutrze, więc musiałam trochę popracować nad swoją kondycją, która po przebytej chorobie pozostawiała wiele do życzenia. Weszłam do domu i usłyszałam piosenkę Pink Floyd’u, która dobiegała z mojej kieszeni. Wyciągnęłam telefon, uśmiechając się do wyświetlacza, na widok „Irmy”.

- Witam panią! Jak mieszkanko?! - usłyszałam wesoły głos przyjaciółki.
- Mieszkanko?! Nic dodać, nic ująć. Całe niebieskie! A co u Ciebie? – roześmiałam się.
- W porządku. – zmarkotniała.
- Coś ty taka niewyraźna? – zmieniłam temat, słysząc głos Arkadiewnej.
- A nic, nic. – powiedziała.
- Powiedz mi. Przecież wiesz, że mi możesz wszystko…
- Jestem w ciąży. - rzuciła prosto z mostu, a ja straciłam grunt pod nogami.


Wróciłam. Znowu zmiana akcji! Mam nadzieję, że do zawału nikogo nie doprowadziłam J Cieszycie się, że za niedługo do szkoły? Bo ja „skaczę z radości”!!!  J

czwartek, 8 sierpnia 2013

The Versatile Blogger

Dziękuję za nominację Volleyy  i Asi :)

Zasady Konkursu:

  1. Podziękuj nominującemu na jego blogu
  2. Pokaż nagrodę The Versatile Blogger u siebie na blogu
  3. Napisz 7 faktów o sobie
  4. Nominuj 15 blogów które na to zasługują
  5. Poinformuj ich o tym

7 faktów o mnie:

1. Jestem zakochana w siatkówce na zabój.
2. Jestem środkową :)
3. Siatkówkę zrozumiałam i pokochałam mając 8 lat.
4. Ten wspaniały sport zaczęłam uprawiać dopiero w wieku 14 lat.
5. Moim idolem i wzorem do naśladowania są K. Ignaczak i A.Gołaś.
6. Mój ulubiony klub to Asseco Resovia Rzeszów i JSW :)
7. Kocham pierogi <3

Nominuję:

NAGRODA:







środa, 7 sierpnia 2013

Rozdział 13

Stałam na płycie Kazańskiego lotniska i czekałam na Irmę, która tradycyjni przybyła punktualnie. Rzuciła mi się z płaczem na szyję. Miałam to uznać za ciepłe powitanie. Jak to ja, nigdy nie płaczę, zacisnęłam zęby, żeby z moich oczu nie wypłynęła ani jedna łza. Rozmawiając o wszystkim, co wydarzyło się w ostatnim czasie, wróciłyśmy do mieszkania. Wszystko było po staremu. W kuchni siedział Jurij, który widząc mnie od razu się poderwał i podszedł mnie przytulić. Jednej osoby mi brakowało. Matt’a.

- A gdzie Matthew? – spytałam. Zdziwiłam się, widząc ich spietrane miny.
- Nie mógł przyjść. – powiedział Jurij.
- Ma trening? – jak mógł mieć trening, skoro Bierieżko stał przede mną.
- Nie do końca… - mieszała się Irma.
- Powiecie mi w końcu o co chodzi?!
- Może lepiej, jeśli sam ci do wszystko powie. Idź do niego. – powiedział przyjmujący.
- Ach tak, czyli to ja muszę się fatygować, żeby łaskawie się ze mną przywitał?
- Matt popełnił głupotę, do której teraz trudno mu się przyznać. Idź, porozmawiaj z nim. – zasugerowała Irma.

Zgodziłam się i po chwili szłam już ulicami Kazania.
Będąc prawie pod drzwiami klatki, zauważyłam parę trzymającą się za ręce. Własnym oczom nie uwierzyłam, kiedy w twarzy chłopaka rozpoznałam Matt’a. Podeszłam bliżej, nie chcąc wyciągać pochopnych wniosków, jednak nic nie tłumaczyło go z tego, że blondynka dała mu soczystego buziaka. Dziewczyna ominęła mnie i z uśmiechem na ustach zniknęła w następnej uliczce. Wtedy też Matthew się obrócił i zobaczył mnie, przyciśniętą do ściany budynku. Podbiegł do mnie i miał czelność wziąć mnie jeszcze za ręce. Jednak ja użyłam bardziej radykalnych środków. Uwolniłam się z jego żelaznego uścisku i wymierzyłam mu solidny policzek. Chciałam jak najprędzej od niego uciec, jednak uniemożliwił mi to.
- Monika, posłuchaj. Daj mi się wytłumaczyć. – prosił.
- Tu nie ma nic do tłumaczenia! Znalazłeś sobie inną! Proszę bardzo, tylko przykro mi, że w czasie, kiedy zmagałam się z chorobą, opiekowałam się twoją siostrzenicą, byłam na pogrzebie twojej siostry!
- Wiem, wiem… - chwilami robiło mi się go szkoda. – Chwila słabości. Naprawdę, nie wracałaś tak długo. Wszystko mogło się zdarzyć, nie mogłem tego wytrzymać! Ja cię przecież kocham!
- A ja wytrzymałam. Żyję, wróciłam do ciebie. Nie mogłam się doczekać aż znowu cię przytulę, zobaczę, a ty? – popatrzyłam na niego ze łzami w oczach i po prostu uciekłam. Wpadłam do mieszkania i zaczęłam szperać w szufladach, szukając koperty, która mogła zmienić moje życie.

- Czego szukasz? Dowiedziałaś się? – spytała Irma.
- Czyli wiedzieliście, jak mogłaś mi nie powiedzieć? – spojrzałam na nią z żalem.
- Wiedziałam, że wtedy się poddasz, nie będziesz walczyć! – broniła się.
- Wiem i dlatego nie mam ci tego za złe. Pamiętasz może, gdzie jest ta koperta z propozycją gry z Wołgogradu?
- Tu schowałam. – powiedziała, wyciągając kartkę z książki Jane Austen. – Chcesz jechać? – spytał roztrzęsionym głosem.
- Tak… Jeśli jeszcze to jest aktualne. – powiedziałam, wstukując w klawiaturę telefonu ciąg dziewięciu cyfr.

- Prezes Dinamo Wołgograd, dzień dobry. – usłyszałam głos.
- Dzień dobry panie prezesie. Z tej strony Monika Valentina Gonzalez. Dzwonię w sprawie oferty z pana drużyny. Czy jest jeszcze aktualna?
- Tak oczywiście! Jak się cieszę, że pani dzwoni! Spadła nam pani z nieba. Kiedy może pani przyjechać? Jest koniec stycznia, myślę, że jeśli sezon zaczyna się od czerwca, to powinna pani przyjechać za jakieś dwa tygodnie. Tutaj przygotowania zaczynają się o wiele wcześniej.
- Dobrze. Im wcześniej, tym lepiej. Czy mieszkanie i… - zaczęłam.
- A tak, tak! Oczywiście. Mieszkanie i samochód będzie miała pani na miejscu. Wyślemy mailem resztę informacji. Jeszcze raz dziękuję i do zobaczenia.
- Ja również, do widzenia. – zakończyłam rozmowę i zerknęłam na Irmę.

- Naprawdę tego chcesz? – spytała.
- Chcę. Nie mogę tu zostać. Zawieszę studia i wyjadę. Poradzisz sobie?
- Dam sobie radę. Martwię się o ciebie. – przytuliła mnie.
- Nie masz o co. – uśmiechnęłam się do niej i wyszłam do swojego pokoju.

Dwa tygodnie później…

Spakowana i gotowa do wyjazdu, siedzę na łóżku i piszę list do Matt’a. W ostatnim czasie dobijał się do mnie, jednak nie dawałam znaku życia.

Podeszłam do Irmy, stojącej w drzwiach i oddałam jej list.
- Daj Matt’owi. – powiedziałam.
- Jasne… - uśmiechnęła się i przytuliła mnie na pożegnanie. – Dzwoń codziennie.
- Oczywiście. Sprzedaj w końcu to pianino, pieniądze starczą ci na pół roku czynszu.
- Będę pamiętać.

Wyszłam z mieszkania i po dwóch godzinach byłam już w powietrzu, kierując się kierunku mojego nowego domu…


13 rozdział, pechowy rozdział. Dostałam weny dzisiaj, wpadłam na ciekawy pomysł, mam nadzieję, że się spodoba. Muszę Was uprzedzić, że wyjeżdżam w sobotę na tydzień na obóz siatkarski, więc będziecie musiały wytrzymać jeszcze to nieszczęsne siedem dni bez rozdziału, ale przyrzekam na własną piłkę, że jak wrócę to od razu dodam, a w trakcie, pomiędzy morderczymi treningami, będę coś skrobać w zeszycie J Pozdrawiam!

czwartek, 1 sierpnia 2013

Rozdział 12

- Jak to nie? – Matt prawie krzyczał to telefonu.
- Matt, twoja siostrzenica siedzi tutaj, ze mną. – powiedziałam ucieszona.
- Ale jak to?
- Ona jedna się uratowała, musisz coś  zrobić. Albo twoi rodzice się nią zajmą.
- Wątpię…
- Dlaczego?
- Rodzice od początku nie byli zadowoleni tym małżeństwem mojej siostry i nie wiem, czy będą chcieli zająć się małą.
- Ale to by było bezduszne… - ryknęłam.
- Monika, muszę kończyć. – wyłączył się jakby nigdy nic. Coś było nie tak. I przypuszczałam, że powodem nie był wypadek jego siostry.

- Co robimy? – za chwile mała istotka pociągnęła mnie za rękaw bluzy.
- Wsiadamy do samolotu. – uśmiechnęłam się niemrawo, ponieważ gnębiła mnie cała ta sprawa z Andersonem.
- Pograsz ze mną w karty? – spytała, wyciągając talię kolorowych kart. Już miałam zaprzeczyć, jednak stwierdziłam, że nie ma sensu zasmucać dziewczynki bez powodu.
- Oczywiście. – zaserwowałam jeden ze swoich promiennych uśmiechów.

Lot był niedługi, jednak przez burzę, dzięki czemu nie odnosiłam zbyt przyjemnych wrażeń. Z gry karty wyszły nici, gdyż moja towarzyszka usnęła po dziesięciu minutach w powietrzu. Myślałam o Matthew. Miałam złe przeczucie, że chłopak coś przede mną ukrywa. Wylądowaliśmy i wyszłam razem z Alice złapać taksówkę. Bałam się, jak zareagują jej dziadkowie na widok nielubianej wnuczki. Dojechałyśmy do wielkiego, białego domu z potężnym ogrodem, jak ze starych filmów amerykańskich. Zapukałam do drzwi, nie wypuszczając z ręki malutkiej dłoni Alice. Po chwili usłyszałyśmy brzęk zamka i w drzwiach pojawiła się pani Anderson.

- Dzień dobry… A co ona tu robi!? Przecież ona nie żyje! – krzyknęła.
- Przeżyła proszę panią. Wiem, że mieli państwo inną informację… - nie dokończyłam, bo kobieta zaczęła przytulać Alice. Tego się nie spodziewałam. Później pojrzała na mnie.
- Dziękuję ci, że się nią zajęłaś, naprawdę, bardzo nam pomogłaś. – uścisnęła moją dłoń i ciepło się uśmiechnęła. – Monika, tak? – przytaknęłam – Matt wiele mi o tobie opowiadał, rzeczywiście jesteś przepiękną dziewczyną.
- Dziękuję. – uśmiechnęłam się i zastanawiałam się czego jeszcze nagadał jej synek. Weszłyśmy do domu, a dokładniej do potężnego salonu, gdzie siedziała już cała rodzina. Znalazłam miejsce obok matki chrzestnej mojego chłopaka, a Alice zasiadła na honorowym miejscu obok babci. Niedługo później zaczął się pogrzeb, a po dwóch godzinach było po wszystkim. Udałam się do państwa Andersonów, żeby spytać, co będzie z małą.
- Najprawdopodobniej będziemy musieli oddać ją do domu dziecka… - powiedział senior rodu.
- Ależ skąd! Nie zostawimy jej! – krzyczała na męża Charlotte. – bo tak się nazywała mama Matt’a.
- Nie mamy pieniędzy na wychowywanie jeszcze jednego dziecka, a poza tym nigdy jej nie lubiliśmy. Jeśli przyjmiesz ją, ja się wyprowadzę. – usłyszałam zza drzwi urywek rozmowy.
- A może Matthew się nią zajmie? Wyjedzie do Rosji razem z Moniką! – Charlotte szukała ostatniej deski ratunku.
- Nie obędę obarczać syna dzieckiem. Jego obowiązkiem jest grać, a nie bawić się w niańkę! – nie mogłam już tego wytrzymać.
- A co było napisane w testamencie, co?! „Mój brat, Matthew Anderson, po mojej i męża śmierci, bierze odpowiedzialność za nasze dziecko, Alice Łęcką…”.
- Wygrałaś. – mruknął Anderson, a ja aż podskoczyłam z radości.

 Poszłam pożegnać się z dziewczynką, mówiąc, że za miesiąc się spotkamy. Wyszłam z domu, szukając taksówki, żeby dostać się na mój samolot. Po godzince jazdy deszczowymi ulicami, dotarłam do Buffalo’s Airport. Wsiadłam do samolotu i wkrótce byłam w Bostonie. Weszłam do swojego pokoju i położyłam się na łóżku. Jednak choroba dawała o sobie znać. Bolała mnie głowa, było mi słabo i zrobiłam się strasznie blada.

Miesiąc później…

Czarne światło, białe światło, a w oddali coś czerwonego. Wyciągnęłam rękę, żeby złapać motyla latającego nade mną, jednak ile razy usiłowałam go dotknąć, ten rozpływał się jak chmura. Z jednej strony dobiegały mnie odgłosy Sonaty Mozarta, a z drugiej Havy Metal, i o ile się nie mylę, był to Dream Evil! Chwilę później poczułam lekkie uszczypnięcie na lewej ręce w okolicach nadgarstka i usłyszałam głos…
- Budzi się, dziękuję panowie, przeszczep się udał!


DZIEŃ DOBRY!!! :D Jak ja dawno nie pisałam, wyszłam z wprawy, ale jak widzicie, wszystkie wasze pytania zaczynają dostawać odpowiedzi ;) Mam nadzieję, że rozdział się podoba. A, i właśnie mam do was pytanie. Nigdy nie wiem, czy mam pisać np. „Myślę o Matthew’ie”, czy „Myślę o Matthew”? I mam 6 z angielskiego :D Pozdrawiam.

wtorek, 23 lipca 2013

Ważne!

Pierwszego Sierpnia wracam z Grecji i wtedy też pojawi się nowy rozdział :) Pozdrawiam

czwartek, 11 lipca 2013

Rozdział 11

- Jak się nazywasz? – spytałam dziewczynkę.
- Alice. – wychlipała.
- Powiesz nam jak się czujesz? – spytałam, zerkając na stojących nade mną lekarzy. Mała nie powiedziała zbyt wiele. Jedynie pokręciła głową.
- Why? – dodała Jonson. Alice podniosła na nią wzrok i ponownie się rozpłakała. Lekarka się poddała i unosząc dłonie w geście kapitulacji wyszła do innego pomieszczenia.
- A może pójdziesz ze mną do pokoju i powiesz mi, jeśli będziesz chciała. – lekarze chcieliby wyciągnąć od roztrzęsionego dziecka wszystko na raz, a tak się składa, że ja przez te kilka lat też zdobyłam jakieś doświadczenie. Dziewczynka przytaknęła. Wzięła mnie za rękę i razem poszłyśmy do mojej sali. Posadziłam małą na łóżku i rozpoczęłam swój wywiad.
- Co się stało? – spytałam kucając przed nią.
- Nie wiem… Wjechało w nas inne auto. – powiedziała. No tak. Przecież nie zda mi sprawozdania z wypadku.
- A pamiętasz, kto nim jechał? – pokręciła główką.
- A co to był za samochód?
- Taki duży, czerwony. – szepnęła, a ja uniosłam palec do góry i zapisałam spostrzeżenie w notesie. Czułam się jak James Bond, ale tylko ja mogłam tu jakoś pomóc, dopóki nie ściągną tłumacza.
- Mieszkasz tutaj, bo jesteś z Polski, prawda? – ponownie zapytałam.
- Tak. Od urodzenia.
- Rozumiem. I nie znasz angielskiego? – zdziwiłam się.
-Nie. Tylko troszkę. Chodzę do szkoły, gdzie mówią po polsku.
- Aha. To wyjaśnia sprawę. – uśmiechnęłam się. – A ile masz lat?
- 7
- Czyli chodzisz do pierwszej klasy?
- Tak.
- A masz tu jakąś rodzinę?
- Tak. Moim wujkiem jest ten znany… – przerwała jej doktor Jonson, wchodząc do sali i biorąc Alice na badania. Usiadłam na łóżku i wzięłam telefon do ręki. Dwa nieodebrane połączenia od Matt’a. Zadzwoniłam do niego. Za chwilę usłyszałam znajomy głos, jednak tym razem był jakiś inny.
- Cześć Matt, dzwoniłeś.
- Tak. Stało się coś strasznego…
- Matthew. Co jest? – przestraszyłam się.
- Moja siostra zginęła w wypadku samochodowym. – czułam, ze się rozpłakał.
- O mój Boże…  Tak strasznie mi przykro. - przeraziłam się i nic więcej nie mogłam powiedzieć.
- Po jutrze ma być jej pogrzeb. Nie dostanę się do Buffalo  w parę godzin. Monika, proszę cię, jesteś w Bostonie. Jedź tam za mnie. Moi rodzice cię znają. Mówiłem im o tobie. Będziesz jak rodzina, błagam cię…
- Oczywiście Matt. Postaram się tam dotrzeć. O której i gdzie będzie pogrzeb? – niestety czekała mnie jeszcze jedna przykra przeprawa przed przeszczepem. Wzięłam się w garść i spisałam wszystkie informacje. 

Rozłączyłam się, a potem zaczęłam szukać jakiegoś taniego biletu z Bostonu do Buffalo. Zamówiłam lot o godzinie osiemnastej, kolejnego dnia.
Poszłam wziąć kąpiel i położyłam się spać. 
Rano znowu obudziła mnie doktor Jonson z młodą pacjentką. Dziewczynka była na mnie skazana, jednak mnie to nie martwiło. W końcu uwielbiałam dzieci. Wstałam, ubrałam się i zjadłam niewielkie śniadanie, poczym poszłam do Alice.
- Co porabiamy? – wzięłam ja za rękę i skierowałam się w stronę plaży.
- Lecę dzisiaj wieczorem na pogrzeb rodziców. – powiedziała smutno.
- A dokąd? – w mojej głowie zaczęły snuć się pewne przypuszczenia.
- Do Bufallo. – poczułam się, jakby strzelił we mnie piorun. Dlaczego Matt nic nie wspomniał o mężu i dziecku swojej siostry? Czy był aż tak bezduszny, żeby nie interesować się losem siostrzenicy?
- Ach tak… Bo wiesz, tak się składa, że ja też tam jadę.
- Naprawdę? Samolotem?
- Tak. Dzisiaj o osiemnastej. Zgadza się?
- Oczywiście. – Alice rzuciła mi się na szyję, jednak mi nie było w cale się z czego cieszyć.

Przed wylotem zadzwoniłam do Andersona. Chciałam wyjaśnić całą tą sytuację.
- Cześć Monia, lecisz za godzinę, tak?
- Tak. Jest coś, o czym musimy porozmawiać. Twoja siostra miała córkę i męża, prawda?
- Tak. Oboje zginęli… - powiedział nostalgicznym głosem.
- A właśnie, że nie…


Przepraszam, że dodaję dzisiaj, ale stwierdziłam, że ten rozdział wymaga poprawek, więc jeszcze chwilę nad nim popracowałam. Jadę w Niedzielę do Grecji i nie jestem pewna, czy dam radę dodawać tam rozdziały. Wi-fi podobno jest, tylko nie wiadomo jak z prędkością Internetu… Jak się nastawiacie na mecze z Bułgarią? J

piątek, 5 lipca 2013

Rozdział 10

Od razu po starcie zasnęłam. Pamiętam tylko delikatny wstrząs gdzieś nad oceanem. Pewnie turbulencje. Obudziłam się dopiero, kiedy stewardessa oznajmiła, że lądujemy. Zapięłam więc pasy i czekałam, aż maszyna „usiądzie” na płycie lotniska. Kiedy samolot się zatrzymał, odetchnęłam z ulgą i wyszłam. Na lotnisku zabrałam swoje bagaże i wezwałam taksówkę. Po kilkudziesięciu minutach byłam na miejscu. Mój nowy dom, czyli po prostu szpital był niewielkim, jasno pomalowanym budynkiem, pokrytym czerwoną dachówką. Przyznam się, że takiego jeszcze nigdy nie wiedziałam. W środku wyglądał naprawdę bardzo imponująco. Widać było, że USA dysponuje o wiele większymi finansami, niż Rosja. Snułam się długimi korytarzami, aż doszłam do właściwego pomieszczenia. W gabinecie siedziała niewysoka, szczupła kobieta, oczywiście w białym fartuchu.
- Dzień dobry. – zaczęłam po angielsku. W końcu byłam w Ameryce.
- Pani Monika Gonzalez? – spytała, podając mi dłoń.
- Tak. To ja. – przytaknęłam ściskając jej rękę.
- Jak się pani czuję. Mogę zerknąć na wyniki? – wyciągnęłam teczkę i podałam jej dokumenty. Wydawała się być bardzo ciepłą i sympatyczną osobą. – Więc plan mamy taki…
- Zamieniam się w słuch. – uśmiechnęłam się.
- Po tradycyjnych badaniach i umieszczeniu pani w odpowiednim otoczeniu, podamy szpik. Ma pani dość dobre wyniki i jestem prawie pewna, że się przyjmie. Jednak i to nie daje stuprocentowej pewności na całkowite wyzdrowienie. Mam nadzieję, że nawrót choroby nie wystąpi.
- Rozumiem. – przytaknęłam spokojnie, chociaż w środku cała się trzęsłam.
- Ma pani jakieś pytania?
- Kiedy będę mogła wrócić do domu? – spytałam.
- Myślę, że za około dwa miesiące. Zależy to od pani stanu zdrowia.
- Dobrze. – uśmiechnęłam się, co lekarka po raz pierwszy od początku rozmowy odwzajemniła.

Wyszłam na zewnątrz i powędrowałam do swojej sali. Miałam dość białych, szpitalnych pomieszczeń, jednak tym razem byłam mile zaskoczona, ponieważ to wyglądało jak mały pokoik pomalowany na pomarańczowo. W rogu stało niewielkie, drewniane łóżko i mała szafeczka. Na środku leżał futrzany dywan, a na ścianach śliczne obrazy. Okno było przysłonięte czerwoną zasłonką, a obok stała palma w doniczce. Byłam wprost zachwycona. Przerażała mnie świadomość, że prawie dwa miesiące będę musiała tu wytrzymać, a tutaj miła niespodzianka.
Wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam do Matt’a.
- Halo? – odezwał się znajomy głos.
- Co słychać, nie przeszkadzam?
- A skąd! Jak się czujesz, co słychać, jak lot?
- Powoli. – roześmiałam się. – Wszystko w porządku. Po jutrze mam mieć operację. Lekarka mówi, że wszystko jest na dobrej drodze.
- Świetnie. Nie uwierzysz co się stało.
- Co? – zdziwiłam się.
- Irma z Jurijem… - zaczął, ale oczywiście mu przerwałam.
- Są razem?! – krzyknęłam.
- Nie drzyj się, tak! – zaczął się śmiać.
- O matko. Jaka ze mnie dobra swatka…
- A ze mnie to nie? – chyba się uśmiechnął.
- Jak tam treningi? – spytałam po chwili.
- Wszystko w porządku. Za niedługo mecz z Krasnodarem i podobno wychodzę w szóstce.
- Super Matt. – usiadłam po turecku na łóżku. – Na pewno będę oglądać.
- Podobno to przyszły klub Jurija. Ale wiesz, że to jeszcze nic nie wiadomo.
- Jeszcze dużo czasu. A ty nie wyjeżdżasz na przyszły sezon?
- Oczywiście, że nie. Przecież bym cię nie zostawił.
- Myśl o karierze Matt, ja też za parę lat w końcu stąd ucieknę.
- Ale dalej będziemy razem? – czy on się przestraszył, że ja z nim zrywam?
- Oczywiście głuptasie. Choćbyś grał w Chinach, a ja studiowała w Afryce, to zawsze będziemy blisko siebie. – poczułam jak łzy napływają mi do oczu. Jednak w tej chwili dostałam potężnego kopa w cztery litery i zdałam sobie sprawę, że potrafię wyjść z tej choroby i wrócić do Matthew’a.
- Kocham cię Monia. Dzwoń szybko, bo długo tu nie wytrzymam.
- Ja ciebie też. Zadzwonię jutro wieczorem. Pa.
- Do usłyszenia. – wyłączył się.

Rozpakowałam się, uczesałam włosy i zaczęłam czytać książkę. Mój chłopak wie, do czego warto zaglądnąć. Stare, amerykańskie thrillery są świetne. Przy okazji doszlifowałam swój angielski. Moje zajęcie przerwało pukanie do drzwi. To była dr Jonson.
- Przepraszam, że pani przeszkadzam… - zmieszała się.
- Ależ nie szkodzi. – uśmiechnęłam się.
- Potrzebujemy tłumacza. Przyjechała karetka z małą dziewczynką z wypadku. Rodzice nie żyją, a mała nie zna żadnego języka, tylko polski. Nie chce się do nikogo odezwać. Może pani spróbuje.
- Oczywiście, już idę. – odłożyłam książkę i poszłam za kobietą na izbę przyjęć. Na wózku siedziała mała, zapłakana dziewczynka. Podeszłam do niej i zaczęłam z nią rozmawiać. Wszyscy stanęli jak wryci, kiedy po raz pierwszy od kilku godzin, dziewczynka się uśmiechnęła.


Dodaję nowy rozdział :) Dzisiaj mecz. Chłopaki, cztery mecze i awans!!! Dadzą radę. Kto ze mną kibicuje?! :) Kolejny we środę :)