Tak jak przepowiadałam :D tworzę nowe opowiadanie. Blog już powstał, a pierwszy rozdział dodam prawdopodobnie początkiem przyszłego tygodnia, jak skończę A teraz zaczekaj... :)
Wpadniecie? :)
http://w-obliczu-smierci.blogspot.com/
czwartek, 29 sierpnia 2013
sobota, 24 sierpnia 2013
Rozdział 15
-
Żartujesz?! – krzyknęłam do słuchawki.
- Nie. To
prawda.
- O mój
boże, potrzebna ci pomoc?! Mogę zerwać kontrakt, jeśli mnie potrzebujesz! –
zapewniałam ją.
- Nie
Monika, nie przejmuj się mną. Już dość napsułam ci życie.
- O czym ty
mówisz?! Zawsze byłaś dla mnie jak siostra.
- Monia, ty
nic nie wiesz… - zaczęła płakać.
- O czym?! –
zaczął mi drżeć głos.
- To dziecko…
- zamilkła. – Jest Matt’a.
Wszystko się
we mnie zagotowało. Nie wiedziałam, co mam jej powiedzieć. To był dla mnie
cios.
- Matt’a? –
powoli wypowiedziałam już doszczętnie znienawidzone imię. – To znaczy, że dziewczyna, którą wtedy całował…
- To byłam
ja…
- I ty
robiłaś mi jeszcze nadzieje, że to wszystko się jakoś ułoży?! – krzyczałam.
- Nie
wiedziałam, że to wszystko się tak potoczy!
- Czy ty nie
miałaś biologii w szkole?! Nie wiesz skąd się dzieci biorą? – nie panowałam nad
sobą.
- Tak?!
Czyli ja mogę nie mieć żadnych uczuć. Zostawiłaś go! To była chwila słabości…
- Chwila słabości…
Nie mam zamiaru o tym z tobą rozmawiać. – rozłączyłam się i utkwiłam wzrok w
kontenerze za oknem. Nie mogłam znieść myśli, że osoba z którą wiązałam
przyszłość, potraktowała mnie gorzej niż psa! Wyciągnęłam stary telefon i
znalazłam numer Matt’a.
- Monika?!
Posłuchaj mnie proszę! – usłyszałam w słuchawce dobrze znany mi głos.
- Mam cię
słuchać?! Już dość się nasłuchałam historii o tym jak mnie zdradzałeś! – nie pohamowałam
już swojego płaczu.
- Jakich
historii! O czym ty mówisz. Kiedy widziałaś mnie z tą dziewczyną… Masz prawo
wyzywać mnie od najgorszych. Nienawidzę się za to, ale przysięgam ci, że nic
więcej między nami nie zaszło. Poznałem ją w klubie. Nie wiedziałem czy wrócisz…
Nie mogłem znieść myśli, że mogę cię stracić. Zrozum mnie, błagam…
- A o Irmie
już nie wspomnisz?! Gratulację, bo z tego co wiem, to za dziewięć miesięcy
zostaniesz tatą!
- Co ty… To
jest niemożliwe!
-
Niemożliwe?! Proszę cię… Nie mów, że i tobie mam tłumaczyć skąd się biorą
dzieci…
- Ale
Monika, kto ci naopowiadał tych bzdur! Z Irmą widziałem się może dwa razy i to
podczas jej meczy! Przysięgam, że nie miałem z nią nic wspólnego!
- Miałaby
mnie okłamać najlepsza przyjaciółka?! Daruj sobie!
- To prawda!
Widziałem ostatnio Irmę z tym waszym znajomym fotografem! Jak mam ci udowodnić,
że nadal cię kocham?!
- Jak? Ty
nie możesz mi już tego udowodnić, bo tak nie jest… - wyrwałam z siebie te słowa,
chociaż dobrze wiedziałam, że były szczerym kłamstwem.
- A ty?
Czujesz jeszcze coś do mnie? Powiedz mi, że nic, to cię zostawię. Nie będę
dzwonił i pisał.
- Ja… -
zaczęłam, czując, że trzy litery nie przejdą mi przez gardło. – Nie mogę… -
zakończyłam połączenie i rzuciłam się na łóżko. Wpadłam w histerię.
Zaczęłam głośno
i nieprzerwalnie płakać. Po piętnastu minutach, moja poduszka stała się mokra
od łez. Poszłam do łazienki i spojrzałam w lustro. Moje oczy były napuchnięte,
a cera blada jak u nieboszczyka. Wzięłam ostrze z nowej golarki, którą znalazłam
w kosmetyczce i po prostu zaczęłam bawić się w rzeźbiarza, jednak nie w
kamieniu, a w skórze lewej ręki. Nie miałam zamiaru się zabijać. Bo po co? Nikt
nie zwróciłby nawet na to uwagi. Ludzie zazwyczaj odbierają sobie życie, żeby inni
pomyśleli, jak bardzo ich skrzywdzili. Ja nie miałam już nikogo. Nikt nie
miałby przeze mnie wyrzutów sumienia, a poza tym po co odbierać innym życie,
jeśli moje jest już doszczętnie zniszczone. Gdy na podłodze było już pełno krwi
pomieszanej ze łzami, wzięłam do ręki tabletki na depresję, które miałam w
szafce i zaczęłam je połykać. Na trzeciej skończyłam. Nie dlatego, ze straciłam
przytomność. Po prostu się opamiętałam. Z pozoru, gdy ludzie na mnie patrzą,
widzą człowieka silnego, twardego, ścianę nie do przebicia, jednak ci, którzy
znają mnie od środka, wiedzą, że jestem jak gąbka, która chłonie wszystko, co
mnie rani, a nic co potrafi ucieszyć. Z trudem się podniosłam i poszłam do
salonu. Powiedziałam sobie, że na tym świat się nie kończy. Włączyłam muzykę, a
dokładniej heavy metal na cały regulator i siedziałam na poduszce, pijąc gorące
kakao, które pierwszy raz w życiu mi nie smakowało.
Krótki rozdział, ale uwierzcie, że
takie sceny bardzo ciężko się opisuje J Niestety, powoli zbliżamy się ku końcowi tego opowiadania, ale jeszcze
do epilogu pozostało trochę rozdziałów J Kolejne opowiadanie właśnie
powstaje. Komentujcie!
piątek, 23 sierpnia 2013
Mam do Was pytanie!
Pod wpływem nagłego natchnienia i impulsu zaczęłam pisać opowiadanie, całkiem z innej beczki, mianowicie na tle historycznym, ale naturalnie przygodowe z głównym wątkiem romantycznym. Nie wiem, czy jest sens zakładać nowego bloga, jak skończę "A teraz zaczekaj...", jeśli nikt nie będzie go czytał, dlatego walcie z grubej rury, czy czytałybyście coś takiego. :)
środa, 21 sierpnia 2013
Rozdział 14
Weszłam do mojego świeżo umeblowanego mieszkania. Wyglądało
naprawdę prześlicznie, chociaż nigdy nie byłam zbytnio wymagająca. Zajrzałam
najpierw do kuchni. Była niewielka, ale urządzona bardzo stylowo. W końcu małe
jest piękne. Kuchnia łączyła się z salonem, który wprowadził mnie w stan
euforii. Od razu skoczyłam na wielką sofę, stojącą w rogu. Nie kontrastował z
innymi pomieszczeniami, ponieważ też był niebieski. Dalej weszłam do błękitnej
łazienki, która również wyglądała przeuroczo. Rozmarzyłam się, widząc wielką
wannę. Następnie weszłam do swojej sypialni. Oczywiście z zamkniętymi oczami.
Każdy się zapewne domyśla, w jakim była kolorze. Zaśmiałam się sama do siebie,
że klub musiał wydać fortunę na to mieszkanie. Przypomniałam jeszcze sobie, że
za dwa dni miałam dostać nowiutką białą Kie Sportage. Na zaspy, które pojawiały
się tu w czasie zimy, inny samochód nie zdałby egzaminu.
Wprowadziłam swoje walizki do pokojów i powoli zaczęłam się
rozpakowywać. W międzyczasie zamówiłam jeszcze pizzę. Po pysznej kolacji,
dokończyłam swoją robotę i poszłam wziąć gorącą kąpiel. Usiadłam na sofie i
zaczęłam skakać po kanałach. Krótko mówiąc, nie miałam co robić. Zadzwoniłam do
Irmy, ale nie odbierała. Wywnioskowałam, że wyszła gdzieś z Jurijem.
Tradycyjnie moje myśli zaczęły krążyć wokół Matt’a. Czy ja za nim tęskniłam? O
nie! W życiu! To zamknięty rozdział w moim życiu. Kilka łez ciężko stoczyło się
po moich bladych od przebytej choroby policzkach. Zaczęłam pisać nową historię.
O sobie, jako sportowcu. Skończyłam z dawnym życiem. Teraz liczyło się tylko
zdrowie i kariera, nic więcej. Ostatnią bliską mi osobą była jeszcze Irma,
która była oddalona ode mnie o kilkaset kilometrów. Ciekawe, czy mój ojciec
wie, że wyzdrowiałam. Czy się cieszy. Jednak, wątpiłam w to. Położyłam się do
łóżka. Długo nie mogłam zasnąć, snując myśli, czy na pewno dobrze postąpiłam.
Może mogłam dać Anderson’owi kolejną szansę? Nie!
- Nawet tak
nie myśl! – krzyknęłam sama do siebie, gwałtownie się budząc. Ukryłam twarz w
dłoniach i zaczęłam cicho szlochać. Przypomniałam sobie wszystkie chwile z nim
spędzone. Tak bardzo mi go brakowało. Zaczynałam żałować, że wyzdrowiałam.
Ponownie odechciało mi się żyć. Co miałam zrobić? Wstałam z łóżka i wygrzebałam
zdjęcie swojej mamy. Z niewielkiej fotografii uśmiechała się do mnie i dodawała
mi odwagi. Miałam wrażenie, że przede mną stoi i daje niezawodne rady. Włożyłam
zdjęcie pod poduszkę i usiłowałam zasnąć. W nocy przyśniła mi się moja mama.
Prawą dłonią pokazywała na swoje serce, jednak nic do mnie nie mówiła, tylko
ciepło się uśmiechała. Dokładnie tak, jak wtedy, kiedy widziałam ją po raz
ostatni. Weszłam do pięknej krainy, otoczonej lasami. Przede mną płynął
strumień, a w dali widziałam zarysy gór. Pomyślałam, że tak musi wyglądać
niebo. Gdzieś koło mnie bawiły się dzieci i skakały sarny. Do moich uszu
docierał czyjś śmiech i słodkie ćwierkanie ptaków. Ponownie pojawiła się moja
mama, jednak tym razem złapała mnie za rękę. Zaczęła nucić mi piosenkę, która
zawsze usypiała mnie w dzieciństwie.
Żaden dzień sie nie powtórzy,
Nie ma dwóch podobnych nocy,
Dwóch tych samych pocałunków,
Dwóch jednakich spojrzeń w oczy.
Wczoraj, kiedy twoje imię
Ktoś wymówił przy mnie głośno,
Tak mi było, jakby róża
Przez otwarte wpadła okno.
Nie ma dwóch podobnych nocy,
Dwóch tych samych pocałunków,
Dwóch jednakich spojrzeń w oczy.
Wczoraj, kiedy twoje imię
Ktoś wymówił przy mnie głośno,
Tak mi było, jakby róża
Przez otwarte wpadła okno.
Uśmiechnęłam
się, ponownie słysząc te słowa. Jednak nie dane mi było się nacieszyć tą
chwilą. Usłyszałam grzmot, a od razu potem zobaczyłam błyskawicę, która
oddzieliła mnie od mamy. Zerwałam się gwałtownie i z powrotem zobaczyłam jasne
ściany mojej sypialni. Zerknęłam na zegarek. Była 6:30. W sam raz, żeby
pobiegać. Wyciągnęłam z szafy swoje stare, wytarte dresy i zieloną bluzę. Za
nogi założyłam wysłużone air max’y i wybiegłam z mieszkania. Biegłam truchtem
przez park. Na drzewach pojawiały się zielone liście. Był koniec marca i pogoda
znacznie się zmieniała. Usiadłam na jednej z ławek, stojących pod wielkim
platanem. Odpoczęłam pięć minut i pobiegłam dalej, po drodze kupując kakao i
świeże mleko, ponieważ w lodówce nie miałam nic. Treningi miałam zacząć już po
jutrze, więc musiałam trochę popracować nad swoją kondycją, która po przebytej
chorobie pozostawiała wiele do życzenia. Weszłam do domu i usłyszałam piosenkę
Pink Floyd’u, która dobiegała z mojej kieszeni. Wyciągnęłam telefon,
uśmiechając się do wyświetlacza, na widok „Irmy”.
- Witam panią! Jak mieszkanko?! - usłyszałam wesoły
głos przyjaciółki.
- Mieszkanko?! Nic dodać, nic ująć. Całe niebieskie!
A co u Ciebie? – roześmiałam się.
- W porządku. – zmarkotniała.
- Coś ty taka niewyraźna? – zmieniłam temat, słysząc
głos Arkadiewnej.
- A nic, nic. – powiedziała.
- Powiedz mi. Przecież wiesz, że mi możesz wszystko…
- Jestem w ciąży. - rzuciła prosto z mostu, a ja
straciłam grunt pod nogami.
Wróciłam. Znowu zmiana
akcji! Mam nadzieję, że do zawału nikogo nie doprowadziłam J Cieszycie się, że za niedługo do
szkoły? Bo ja „skaczę z radości”!!! J
czwartek, 8 sierpnia 2013
The Versatile Blogger
Dziękuję za nominację Volleyy i Asi :)
Zasady Konkursu:
- Podziękuj nominującemu na jego blogu
- Pokaż nagrodę The Versatile Blogger u siebie na blogu
- Napisz 7 faktów o sobie
- Nominuj 15 blogów które na to zasługują
- Poinformuj ich o tym
7 faktów o mnie:
1. Jestem zakochana w siatkówce na zabój.
2. Jestem środkową :)
3. Siatkówkę zrozumiałam i pokochałam mając 8 lat.
4. Ten wspaniały sport zaczęłam uprawiać dopiero w wieku 14 lat.
5. Moim idolem i wzorem do naśladowania są K. Ignaczak i A.Gołaś.
6. Mój ulubiony klub to Asseco Resovia Rzeszów i JSW :)
7. Kocham pierogi <3
Nominuję:
NAGRODA:

środa, 7 sierpnia 2013
Rozdział 13
Stałam na
płycie Kazańskiego lotniska i czekałam na Irmę, która tradycyjni przybyła
punktualnie. Rzuciła mi się z płaczem na szyję. Miałam to uznać za ciepłe
powitanie. Jak to ja, nigdy nie płaczę, zacisnęłam zęby, żeby z moich oczu nie
wypłynęła ani jedna łza. Rozmawiając o wszystkim, co wydarzyło się w ostatnim
czasie, wróciłyśmy do mieszkania. Wszystko było po staremu. W kuchni siedział
Jurij, który widząc mnie od razu się poderwał i podszedł mnie przytulić. Jednej
osoby mi brakowało. Matt’a.
- A gdzie
Matthew? – spytałam. Zdziwiłam się, widząc ich spietrane miny.
- Nie mógł
przyjść. – powiedział Jurij.
- Ma
trening? – jak mógł mieć trening, skoro Bierieżko stał przede mną.
- Nie do
końca… - mieszała się Irma.
- Powiecie
mi w końcu o co chodzi?!
- Może
lepiej, jeśli sam ci do wszystko powie. Idź do niego. – powiedział przyjmujący.
- Ach tak,
czyli to ja muszę się fatygować, żeby łaskawie się ze mną przywitał?
- Matt
popełnił głupotę, do której teraz trudno mu się przyznać. Idź, porozmawiaj z
nim. – zasugerowała Irma.
Zgodziłam
się i po chwili szłam już ulicami Kazania.
Będąc prawie
pod drzwiami klatki, zauważyłam parę trzymającą się za ręce. Własnym oczom nie
uwierzyłam, kiedy w twarzy chłopaka rozpoznałam Matt’a. Podeszłam bliżej, nie
chcąc wyciągać pochopnych wniosków, jednak nic nie tłumaczyło go z tego, że
blondynka dała mu soczystego buziaka. Dziewczyna ominęła mnie i z uśmiechem na
ustach zniknęła w następnej uliczce. Wtedy też Matthew się obrócił i zobaczył
mnie, przyciśniętą do ściany budynku. Podbiegł do mnie i miał czelność wziąć mnie
jeszcze za ręce. Jednak ja użyłam bardziej radykalnych środków. Uwolniłam się z
jego żelaznego uścisku i wymierzyłam mu solidny policzek. Chciałam jak
najprędzej od niego uciec, jednak uniemożliwił mi to.
- Monika,
posłuchaj. Daj mi się wytłumaczyć. – prosił.
- Tu nie ma
nic do tłumaczenia! Znalazłeś sobie inną! Proszę bardzo, tylko przykro mi, że w
czasie, kiedy zmagałam się z chorobą, opiekowałam się twoją siostrzenicą, byłam
na pogrzebie twojej siostry!
- Wiem, wiem…
- chwilami robiło mi się go szkoda. – Chwila słabości. Naprawdę, nie wracałaś
tak długo. Wszystko mogło się zdarzyć, nie mogłem tego wytrzymać! Ja cię
przecież kocham!
- A ja
wytrzymałam. Żyję, wróciłam do ciebie. Nie mogłam się doczekać aż znowu cię
przytulę, zobaczę, a ty? – popatrzyłam na niego ze łzami w oczach i po prostu
uciekłam. Wpadłam do mieszkania i zaczęłam szperać w szufladach, szukając
koperty, która mogła zmienić moje życie.
- Czego
szukasz? Dowiedziałaś się? – spytała Irma.
- Czyli
wiedzieliście, jak mogłaś mi nie powiedzieć? – spojrzałam na nią z żalem.
-
Wiedziałam, że wtedy się poddasz, nie będziesz walczyć! – broniła się.
- Wiem i
dlatego nie mam ci tego za złe. Pamiętasz może, gdzie jest ta koperta z propozycją
gry z Wołgogradu?
- Tu
schowałam. – powiedziała, wyciągając kartkę z książki Jane Austen. – Chcesz jechać?
– spytał roztrzęsionym głosem.
- Tak… Jeśli
jeszcze to jest aktualne. – powiedziałam, wstukując w klawiaturę telefonu ciąg
dziewięciu cyfr.
- Prezes
Dinamo Wołgograd, dzień dobry. – usłyszałam głos.
- Dzień dobry
panie prezesie. Z tej strony Monika Valentina Gonzalez. Dzwonię w sprawie
oferty z pana drużyny. Czy jest jeszcze aktualna?
- Tak
oczywiście! Jak się cieszę, że pani dzwoni! Spadła nam pani z nieba. Kiedy może
pani przyjechać? Jest koniec stycznia, myślę, że jeśli sezon zaczyna się od
czerwca, to powinna pani przyjechać za jakieś dwa tygodnie. Tutaj przygotowania
zaczynają się o wiele wcześniej.
- Dobrze. Im
wcześniej, tym lepiej. Czy mieszkanie i… - zaczęłam.
- A tak,
tak! Oczywiście. Mieszkanie i samochód będzie miała pani na miejscu. Wyślemy
mailem resztę informacji. Jeszcze raz dziękuję i do zobaczenia.
- Ja
również, do widzenia. – zakończyłam rozmowę i zerknęłam na Irmę.
- Naprawdę
tego chcesz? – spytała.
- Chcę. Nie
mogę tu zostać. Zawieszę studia i wyjadę. Poradzisz sobie?
- Dam sobie
radę. Martwię się o ciebie. – przytuliła mnie.
- Nie masz o
co. – uśmiechnęłam się do niej i wyszłam do swojego pokoju.
Dwa tygodnie później…
Spakowana i
gotowa do wyjazdu, siedzę na łóżku i piszę list do Matt’a. W ostatnim czasie
dobijał się do mnie, jednak nie dawałam znaku życia.
Podeszłam do
Irmy, stojącej w drzwiach i oddałam jej list.
- Daj Matt’owi.
– powiedziałam.
- Jasne… -
uśmiechnęła się i przytuliła mnie na pożegnanie. – Dzwoń codziennie.
-
Oczywiście. Sprzedaj w końcu to pianino, pieniądze starczą ci na pół roku
czynszu.
- Będę
pamiętać.
Wyszłam z
mieszkania i po dwóch godzinach byłam już w powietrzu, kierując się kierunku mojego
nowego domu…
13 rozdział, pechowy rozdział.
Dostałam weny dzisiaj, wpadłam na ciekawy pomysł, mam nadzieję, że się spodoba.
Muszę Was uprzedzić, że wyjeżdżam w sobotę na tydzień na obóz siatkarski, więc
będziecie musiały wytrzymać jeszcze to nieszczęsne siedem dni bez rozdziału,
ale przyrzekam na własną piłkę, że jak wrócę to od razu dodam, a w trakcie,
pomiędzy morderczymi treningami, będę coś skrobać w zeszycie J Pozdrawiam!
czwartek, 1 sierpnia 2013
Rozdział 12
- Jak to
nie? – Matt prawie krzyczał to telefonu.
- Matt,
twoja siostrzenica siedzi tutaj, ze mną. – powiedziałam ucieszona.
- Ale jak
to?
- Ona jedna
się uratowała, musisz coś zrobić. Albo
twoi rodzice się nią zajmą.
- Wątpię…
- Dlaczego?
- Rodzice od
początku nie byli zadowoleni tym małżeństwem mojej siostry i nie wiem, czy będą
chcieli zająć się małą.
- Ale to by
było bezduszne… - ryknęłam.
- Monika,
muszę kończyć. – wyłączył się jakby nigdy nic. Coś było nie tak. I
przypuszczałam, że powodem nie był wypadek jego siostry.
- Co robimy?
– za chwile mała istotka pociągnęła mnie za rękaw bluzy.
- Wsiadamy
do samolotu. – uśmiechnęłam się niemrawo, ponieważ gnębiła mnie cała ta sprawa
z Andersonem.
- Pograsz ze
mną w karty? – spytała, wyciągając talię kolorowych kart. Już miałam
zaprzeczyć, jednak stwierdziłam, że nie ma sensu zasmucać dziewczynki bez
powodu.
-
Oczywiście. – zaserwowałam jeden ze swoich promiennych uśmiechów.
Lot był
niedługi, jednak przez burzę, dzięki czemu nie odnosiłam zbyt przyjemnych
wrażeń. Z gry karty wyszły nici, gdyż moja towarzyszka usnęła po dziesięciu
minutach w powietrzu. Myślałam o Matthew. Miałam złe przeczucie, że chłopak coś
przede mną ukrywa. Wylądowaliśmy i wyszłam razem z Alice złapać taksówkę. Bałam
się, jak zareagują jej dziadkowie na widok nielubianej wnuczki. Dojechałyśmy do
wielkiego, białego domu z potężnym ogrodem, jak ze starych filmów amerykańskich.
Zapukałam do drzwi, nie wypuszczając z ręki malutkiej dłoni Alice. Po chwili
usłyszałyśmy brzęk zamka i w drzwiach pojawiła się pani Anderson.
- Dzień
dobry… A co ona tu robi!? Przecież ona nie żyje! – krzyknęła.
- Przeżyła
proszę panią. Wiem, że mieli państwo inną informację… - nie dokończyłam, bo kobieta
zaczęła przytulać Alice. Tego się nie spodziewałam. Później pojrzała na mnie.
- Dziękuję
ci, że się nią zajęłaś, naprawdę, bardzo nam pomogłaś. – uścisnęła moją dłoń i
ciepło się uśmiechnęła. – Monika, tak? – przytaknęłam – Matt wiele mi o tobie
opowiadał, rzeczywiście jesteś przepiękną dziewczyną.
- Dziękuję. –
uśmiechnęłam się i zastanawiałam się czego jeszcze nagadał jej synek. Weszłyśmy
do domu, a dokładniej do potężnego salonu, gdzie siedziała już cała rodzina.
Znalazłam miejsce obok matki chrzestnej mojego chłopaka, a Alice zasiadła na
honorowym miejscu obok babci. Niedługo później zaczął się pogrzeb, a po dwóch
godzinach było po wszystkim. Udałam się do państwa Andersonów, żeby spytać, co
będzie z małą.
-
Najprawdopodobniej będziemy musieli oddać ją do domu dziecka… - powiedział
senior rodu.
- Ależ skąd!
Nie zostawimy jej! – krzyczała na męża Charlotte. – bo tak się nazywała mama
Matt’a.
- Nie mamy
pieniędzy na wychowywanie jeszcze jednego dziecka, a poza tym nigdy jej nie
lubiliśmy. Jeśli przyjmiesz ją, ja się wyprowadzę. – usłyszałam zza drzwi
urywek rozmowy.
- A może
Matthew się nią zajmie? Wyjedzie do Rosji razem z Moniką! – Charlotte szukała
ostatniej deski ratunku.
- Nie obędę
obarczać syna dzieckiem. Jego obowiązkiem jest grać, a nie bawić się w niańkę! –
nie mogłam już tego wytrzymać.
- A co było
napisane w testamencie, co?! „Mój brat, Matthew Anderson, po mojej i męża
śmierci, bierze odpowiedzialność za nasze dziecko, Alice Łęcką…”.
- Wygrałaś. –
mruknął Anderson, a ja aż podskoczyłam z radości.
Poszłam pożegnać się z dziewczynką, mówiąc, że
za miesiąc się spotkamy. Wyszłam z domu, szukając taksówki, żeby dostać się na
mój samolot. Po godzince jazdy deszczowymi ulicami, dotarłam do Buffalo’s
Airport. Wsiadłam do samolotu i wkrótce byłam w Bostonie. Weszłam do swojego
pokoju i położyłam się na łóżku. Jednak choroba dawała o sobie znać. Bolała
mnie głowa, było mi słabo i zrobiłam się strasznie blada.
Miesiąc później…
Czarne
światło, białe światło, a w oddali coś czerwonego. Wyciągnęłam rękę, żeby
złapać motyla latającego nade mną, jednak ile razy usiłowałam go dotknąć, ten
rozpływał się jak chmura. Z jednej strony dobiegały mnie odgłosy Sonaty
Mozarta, a z drugiej Havy Metal, i o ile się nie mylę, był to Dream Evil! Chwilę
później poczułam lekkie uszczypnięcie na lewej ręce w okolicach nadgarstka i
usłyszałam głos…
- Budzi się,
dziękuję panowie, przeszczep się udał!
DZIEŃ
DOBRY!!! :D Jak ja dawno nie pisałam, wyszłam z wprawy, ale jak widzicie,
wszystkie wasze pytania zaczynają dostawać odpowiedzi ;) Mam nadzieję, że
rozdział się podoba. A, i właśnie mam do was pytanie. Nigdy nie wiem, czy mam
pisać np. „Myślę o Matthew’ie”, czy „Myślę o Matthew”? I mam 6 z angielskiego
:D Pozdrawiam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)