9 miesięcy później…
Doszły mnie słuchy, że Irma urodziła
zdrowego chłopca. Z jednej strony cieszę się, że wszystko dobrze się skończyło,
a z drugiej dalej jestem zawiedziona. Wszystko zaczęło się układać w logiczną
całość, kiedy pewnego dnia usłyszałam dzwonek do drzwi. Poszłam otworzyć, a w
drzwiach ujrzałam osobę, której nigdy w życiu bym się nie spodziewała. W progu
stał Ivan i paskudnie się do mnie uśmiechał.
- Witaj! –
powiedział szczerząc się niemiłosiernie.
- Czego
chcesz? Przecież nie przeteleportowałeś się tutaj, żeby mnie zobaczyć.
- Może nie,
ale masz coś co należy do mnie. – zaczynałam się coraz bardziej bać.
- Niby co? –
spytałam.
- Cały rok
byłaś zajęta, a z tego co wiem już nie jesteś. – wszedł do mieszkania.
- I co w
związku z tym? – cofnęłam się do tyłu.
- Może
wróciłabyś do Kazania. Do mnie. – schował ręce do kieszeni opierając się o ramę
drzwi.
- Do ciebie?
Wybacz, ale nie pasujemy do siebie. – uniosłam ręce w geście protestu,
natomiast on wyciągnął z kieszeni nóż. Moja mina mówiła sama za siebie.
Zatrzasnął drzwi i podszedł bliżej. Nie pozostało mi nic innego jak zamknąć się
w jednym z pokoi. Szukanie kluczy nie było teraz dobrym pomysłem, gdyż moje
ręce trzęsły się cały czas.
Z perspektywy Matt’a…
Miałem dosyć takiego życia. Życia
bez niej. Powiedziałem trenerowi, że wyjeżdżam w bardzo ważnej sprawie na dwa
dni. Ponieważ nigdy nie rezygnowałem z treningów, jak najbardziej się zgodził.
Teraz byłem już na lotnisku w Wołgogradzie i szukałem na mapie ulicy, na której
mieszkała Monika. Nie miała pojęcia, że przyjeżdżam. Miałem przy sobie dokument,
który był dowodem na to, że mały Martin nie jest moim synem. Nie mogłem pojąć,
że Irma cały czas nas oszukiwała, a szczególnie Monikę i Jurija.
Okazało się, że osiedle na którym
mieszkała moja piłkarka było całkiem niedaleko. Dotarłem tam pieszo. Pokonałem
kilka schodków i znalazłem się pod mieszkaniem Moniki. Od początku czułem, że
coś jest nie tak. Usłyszałem krzyk, a potem ciszę. Wpadłem przez drzwi, a to co
tam zobaczyłem zmroziło mi krew w żyłach.
A Monika…
- Proszę
porozmawiajmy spokojnie. – motałam się.
- Przed
chwilą nie chciałaś rozmawiać. – złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie, a
ja zamarłam. – Popatrz, tym nożem mogę wydłubać twoje śliczne oczka, a potem
odciąć paluszki. – wtedy wiedziałam, że to psychopata. Postanowiłam trochę z
nim ponegocjować.
- Co
będziesz z tego miał? – spytałam roztrzęsionym głosem.
- Zabawę. –
roześmiał się.
- Nie masz
innych pomysłów? – napomknęłam błyskotliwie, na co on parsknął jeszcze
głośniej.
- Wiesz, że
mam. – poruszył brwiami i zbliżył się jeszcze bardziej, łapiąc mnie tym razem
za plecy, a drugą ręką trzymającą nóż sięgnął do tylnej strony mojej szyi.
Odruchowo krzyknęłam, czym rozzłościłam Ivana. Poczułam, jak po moim karku
spływa krew. Zacisnęłam zęby i starałam się to wytrzymać.
- Zamknij
się, bo już nigdy nie zobaczysz Ani Matt’a, ani Irmy, ani naszego synka. – powiedział.
- Słucham?!
– zaczynałam rozumieć. – Martin… To twój syn? Dziecko Irmy… - z jednej strony
skakałam z radości, a z drugiej płakałam z własnej głupoty. Czemu nie
uwierzyłam Matt’owi. Zdawałam sprawę, że jeśli nic nie zrobię, to nie zdążę go
już nigdy przeprosić. W tej samej chwili drzwi do mieszkania gwałtownie się
otworzyły, a w progu stanął Anderson. Ivan popchnął mnie i upadłam, wyrywając z
jego ręki nóż. Usłyszałam wiązankę przekleństw, która poprzedziła dwa potężne
ciosy, które Matt wymierzył napastnikowi. Kilkanaście minut później zjawiła się
policja, a ja siedziałam bezpieczna, wtulona w ramiona mojego bohatera.
Opis jak z dobrej komedii
romantycznej, ale coś mnie podkusiło, żeby trochę zironizować ostatnie zdania J W niedzielę epilog, a w poniedziałek I rozdział „W obliczu śmierci…”.
Pozdrawiam J